Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stratowulkan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stratowulkan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2026

Duży spływ piroklastyczny z wulkanu Mayon 2 maja br.


Po udanych wykładach o wulkanach na lubelskim UMCS z okazji Dnia Ziemi (24 kwietnia br.) oraz po świetnej rozmowie na temat wulkanów na Late Night Show w Warszawie (bar Studio, 28 kwietnia br.) postanowiłem trochę odpocząć od blogowania - w planach mam dalsze występy na żywo. Jednak wulkany nie dają mi odpocząć od pisania. Chociażby w trakcie mojego pobytu w Lublinie i Janowie Lubelskim miał miejsce kolejny epizod erupcyjny w kalderze Halemaumau hawajskiego wulkanu tarczowego Kilauea z wysoką (ale jakże spektakularną) fontanną lawy. 

2 maja br. o godzinie 17.38 lokalnego czasu aktywna kopuła lawowa filipińskiego wulkanu Mayon uległa częściowemu zapadnięciu się pod wpływem siły grawitacji. Powstał spływ piroklastyczny, który pomknął południowo-zachodnim zboczem wulkanu (wąwóz Miisi, Daraga) docierając na odległość 4 km. Intensywny opad popiołu został zarejestrowany w Guinobatan, Ligao i Camalig, Albay. Zdj. Mayor Caloy Baldo. 

Nagrania: https://x.com/i/status/2050565183287005300

Brak ofiar śmiertelnych wśród ludzi. Zginęło tylko kilka zwierząt hodowlanych. 

Osobiście czekam na dużą erupcję szczelinową islandzkiego systemu wulkanicznego Reykjanes-Svartsengi w ciągu najbliższych tygodni. Może ona wystąpić po krótkotrwałej aktywności sejsmicznej. Zgodnie z ostatnimi modelami obliczeniowymi pod Svartsengi zgromadziło się już ponad 25 milionów metrów sześciennych magmy, przy odkształceniu (deformacji) gruntu wynoszącym około 2 cm na miesiąc. Grunt wyraźnie podnosi się w Svartsengi. 

sobota, 21 lutego 2026

Widok z drona na stratowulkan Afdera

 





Muszę przyznać że spodobał mi się ten wulkan (stratowulkan Afdera). Jest ładny, stożkowy. Nie są znane jego erupcje w czasach historycznych. Erupcje w latach 1907 i 1915 pochodzą zapewne z sąsiedniego wulkanu Alayata na zachód od Afdera. Tak czy owak gratuluję Tomaszowi zdjęć z drona, gdyż to pierwsze w ogóle zdjęcia krateru Afdera, które widzę. 

Nadal ludzie dążą do zdobywania szczytów, także tych wulkanicznych, które były już zdobywane setki, by nie rzec tysiące razy. A na świecie mamy jeszcze wiele wulkanów, na które nikt jeszcze się nie wspiął. 

"Czynny stratowulkan Afdera góruje nad miasteczkiem Afdera, prawie się udało. Zabrakło 400 metrów. Afar time i woda, to wszystko tłumaczy. Trasa średnio-ciężka. Początkowo prawie płasko, potem trzeba przejść przez szczeliny i właściwie dochodzi się do stożka, nie wiem jak ze wspinaczką na sam stożek, ale nie wyglądało to źle. Zdziwiłem się że 3 km od stożka żyją ludzie na tym pustkowiu. Przez wzgląd na respektowanie praw mieszkańców nie mam zdjęć. Zresztą próbując zrobić zdjęcie samego stożka z tej okolicy już zostałem upomniany. Szanuję to jak najbardziej oczywiście. Ledwo udało się zrobić zdjęcie samego krateru, który jest strasznie płytki. Sam wulkan, a właściwie symetryczny stożek przypomina Dalafilla, Mayon, a nawet Fudżi. Nagle trzeba było zmienić trasę, która znacznie się wydłużyła, bo była jakaś blokada policji. Trasa bez wspinaczki na sam stożek - 25 km i niecałe 10 godzin, wulkan do powtórki, ale na pewno nie będzie to mój priorytet."

Zdj. Tomasz Lepich.

19 lutego br. filipiński wulkan Kanlaon na wyspie Negros wyemitował obłok popiołu na wysokość 2.5 km. 

piątek, 20 lutego 2026

Pionierska wspinaczka Tomasza na wulkan Borawli w Etiopii

 









Kolejny słabo zbadany wulkan w Etiopii został zdobyty przez Tomasza. Tym razem masyw Tata Ale i stratowulkan Borawli. Oddaję głos Tomaszowi:

"Zawsze jak kąpałem się w gorącym źródle czy w jeziorze Afrera (inaczej zwane Giulietti) patrzyłem na ten wulkan - wydawał się taki odległy wtedy. No i udało się teraz - znowu przetarłem szlak. Borawli leży dość blisko miasteczka Afdera, ale to nie oznacza że to blisko. Trekking zaczyna się blisko fabryki soli, którą tutaj wydobywa się z jeziora. Jedzie się około 10 km, potem trzeba kilkukrotnie przejść przez rzekę - dość gorącą i niestety zanieczyszczoną przez chemikalia. Najpierw jest płasko - stare pola lawowe ok. 4 km i jest to jakby szlak, bo chodzą tędy wielbłądy, więc jest prosto to znaleźć. Potem trzeba przejść przez liczne potoki lawy, zatem czekała nas wędrówka góra-dół i kilka razy musieliśmy się cofać, zanim się dostaliśmy pod sam wulkan. Tutaj zaczęła się wspinaczka około 2 km, wulkan nie jest wysoki (812 m. wysokości), choć w Afarze niewysoki nie znaczy prosty do trekkingu. Wspinaczka to około 2 km i 400 metrów w górę. Poszedłem sam mimo że było późno (około 16.00), tylko 20 minut niestety, więc musiałem się bardzo śpieszyć. Jednak udało się uchwycić cień do kolekcji. Na szczycie Borawli ogromny krater i niesamowity widok z jednej strony na jezioro Afdera, a z drugiej strony na masyw Tata Ale. Krater Borawli jest tak ogromny, że nie udało się mi się go objąć całego dronem z góry. Trekking to 31 km, co zajęło mi 11 godzin."

Daty erupcji Borawli nieznane.

niedziela, 18 stycznia 2026

Japońskie Pompeje: wojownik z Kanai Higashiura

 

Japońska prefektura Gunma. W roku 2012 roku na stanowisku archeologicznym Kanai Higashiura doszło do spektakularnego odkrycia. Pod grubą warstwą pumeksu z erupcji obecnie drzemiącego wulkanu Haruna (VI wiek) japońscy archeolodzy odkryli dobrze zachowane szczątki mężczyzny w pełnej zbroi płytkowej keiko (okres Kofun). To odkrycie unikalne w skali światowej. Zazwyczaj zbroje płytkowe znajdowano w grobowcach, obok zmarłych. Ten wojownik miał ją na sobie w chwili śmierci. Co najbardziej poruszające - nie uciekał. Znaleziono go w pozycji klęczącej, twarzą zwróconego w kierunku wulkanu. Archeolodzy sugerują, że do końca trwał w modlitwie, gdyż pragnął przebłagać gniew wybuchającego Haruna-san. Zaskoczył go spływ piroklastyczny z wulkanu. 

Spokój i godność w obliczu nagłej śmierci. "Nawet w chwili śmierci, bez żalu."

Włosi mają Pompeje i Herkulanum, Indonezyjczycy zagładę ludu Tambora, Japończycy stanowiska archeologiczne Kanai Higashiura, Kuroimine i Nakasuji, które zostały pogrzebane przez dwie erupcje wulkanu Haruna (na zdjęciu). Muszę tutaj jednak doprecyzować: silne erupcje eksplozywne w latach 520 i 550 (plus minus 10 lat) miały miejsce z kopuły lawowej Futasudake, która wchodzi w skład kompleksu wulkanicznego Haruna (wschodnia strona wulkanu). Erupcje te wygenerowały spływy piroklastyczne, które dotarły na odległość 8 km od wulkanu. 

Koniecznie wejdźcie w ten linki:

https://archaeology.jp/en/trends-in-japanese-archaeological-research/421

https://mainichi.jp/english/articles/20160512/p2a/00m/0na/013000c

Przy okazji znalazłem stronkę poświęconą haikyo (po japońsku ruiny, ale także urbex):

https://haikyo.org/

czwartek, 1 stycznia 2026

Stratowulkan Dalafilla zdobyty przez Tomasza

                                                                        










Tomasz właśnie osiągnął swój cel i zdobył ostatni z wulkanów łańcucha Erta Ale, czyli ładny i symetryczny stratowulkan Dalafilla (578 m. wysokości, Dalaffilla, w użyciu jest też nazwa z dwoma literkami f), który po raz ostatni wybuchł w 2008 roku produkując wylewy lawy z zachodniej i północno-zachodniej flanki. To wielkie osiągnięcie naszego rodaka, który od lat eksploruje liczne ziemskie wulkany. Afarowie twierdzą, że nie ma nikogo poza Tomaszem, kto by to zrobił. Oddaję Tomaszowi głos. Dalafilla próbował zdobyć trzykrotnie i wreszcie się udało!

"30/31/01 Dalaffilla (Gabuli) Afar

wreszcie krater zdobyty!  
więc cały stratowulkan
- trasa 59 km.
Najładniejszy. ale też najtrudniejszy do zdobycia symetryczny, riolitowy kolorowy stożek - po afarsku znaczy podobno „szyja wielbłąda”, przepiękny.
Ale po kolei, bo łatwo nie było (wpisy chaotyczne, nic nie będę poprawiał, pisałem pod wpływem ogromnych emocji - więc zostawiam pisownię oryginalną) jeśli przyjdzie kiedyś to opublikować to poprawię - a poza tym to nie tak, że wszystko się udaje jak przeczytacie poniżej, ale jestem cierpliwy i uparty.

Próba pierwsza. 12/22.12.2024

Parafrazując powiedzenie - człowiek myśli, wulkan kreśli - po morderczych 55 km nie udało się niestety zdobyć szczytu wulkanu Dalafilla. Ale do rzeczy. Zarówno Bora Ale, jak i Dalafilla to wulkany znajdujące się w tej samej linii co Erta Ale. Mylące jest jednak to że znajdują się blisko drogi. Zła logistyka i planowanie spowodowało, że nie udało się. Zabrakło może 1 km, ale jak wiadomo w górach ten jeden km może być kluczowy i czasami ostatni. Wyruszyliśmy z drogi z pomocą wielbłąda. Trzeba przede wszystkim dużo wody, temperatury tutaj makabrycznie wysokie. Pole lawowe jest szerokie na 14 - 15 km, więc wyruszając po południu dotarliśmy do pierwszego punktu ok 21, gdzie zanocowaliśmy. Ja i dwóch Afarów. Rankiem próbowałem przekonać, że nie damy rady zdobyć 2 wulkanów, mało tego mapa pokazywała mi w jedną stronę do wulkanu Dalafilla ok 16 km plus wspinaczka, więc nie było szans wrócić tego samego dnia, gdzie czekał na nas samochód na drodze. Jednak usłyszałem, że da się, że najpierw Dalafilla z powodu wysokości i wysokich temperatur, a potem Bora Ale - jednak co innego iść pod wulkan, a co innego wejść na niego. Ruszyliśmy więc wczesnym rankiem, choć trochę późno (ok 7:30) żeby dotrzeć do Dalafilla . Najpierw minęliśmy łagodne pole lawowe, gdzieniegdzie piaski, kępki traw, ale po ok 2 km to już nie była droga dla wielbłąda, więc zostawiliśmy większość rzeczy w krzakach  i ruszyliśmy dalej. Jedna osoba została, więc było nas ku tylko dwójka ,więc ilość wody mógłby być tylko mniejsza. nawet ja, ci którzy mnie znają nie czuję pragnienia podczas wędrówek tutaj nie wytrzymuję bez dużej ilości wody. Wziąłem ok 3 l wody, tyle mogłem unieść plus oczywiście dron i aparat - bez jedzenia - w takich temperaturach ja kompletnie nie czuję głodu - w sumie nie jadłem 3 dni nie licząc 3 kawałków herbatnika.

Idąc dalej natrafiliśmy na bardzo wysokie i ciężkie do przejścia pole lawowe z ostrymi, ruszającymi się kawałkami lawy mniej więcej długości 7 km, co zajęło nam mnóstwo czasu. Wreszcie po paru zadrapaniach czego się nie da uniknąć dotarliśmy do czegoś w rodzaju plateau. Topniały jednak zapasy wody.  To co mnie uratowało to miałem małą butelkę coca coli i dali mi wcześniej 3 kawy naraz - mocna ale bardzo dobra - normalnie nie pijam czarnej kawy, ale tutaj mają tak dobrą, że ciężko nie wypić oraz elektrolity, które wrzuciliśmy do pozostałej ilości butelki. Po minięciu pola lawowego ukazał się przepiękny stożek riolitowy. Jednak topniejące zapasy wody, (miejscowi nie czują odległości i potrzeby wody) i czas wskazywały, że zdobycie go będzie praktycznie niemożliwe. Byłem smutny ale sunęliśmy dalej - przed nami kolejne pole lawowe, trochę łatwiejsze i wreszcie zaczęliśmy się wspinać . Po ok 16 km usłyszałem, że nie damy jednak rady- więc zostało tylko puszczenie drona. Byłem skłonny iść dalej, ale w końcu odpuściłem. Złym znakiem było to, że temperatura wzrosła do 49 stopni Celsjusa, a moje tętno przy normie ok 50 zanotowało 161, następnie 170 / min w spoczynku. drugim znakiem było to, że iPhone odmówił posłuszeństwa podczas dronowania ( musisz schłodzić iPhone’a,  a potem sam dron napisał, że mam lądować, bo przy 60 -% nagle zrobiło się 20 % a miałem go ok 600 m od siebie. Niebezpiecznie wyłączył się też nagle sterownik, który był gorący jak piec. Udało się jednak ostatecznie wylądować, ale tak gorącego drona oraz sterownika jeszcze nigdy nie miałem ( szkoda byłoby zdjęć krateru). Te dwa znaki utwierdziły mnie, że nie ma co igrać z losem (szczególnie mieliśmy mało wody, więc ruszyliśmy w drogę powrotną do miejsca, gdzie zostawiliśmy część rzeczy, zapasy wody i wielbłąda. Czekało nas kolejne 16 km jednak widząc z góry, że można nieco ominąć to pole lawowe trochę zmieniliśmy trasę. Wszystko to jednak wielka improwizacja - bo co z tego że GPS pokazuje najkrótszą trasę, skoro jest ona najgorsza i najdłużej się nią idzie. Około godziny 18:00 dotarliśmy.  Jednak wiadomo było już że nie dotrzemy do samochodu w tym samym dniu i po kilku km zatrzymaliśmy się na kolejny nocleg. Rankiem następnego dnia po ok 5 h dotarliśmy do drogi, gdzie po jakimś czasie przyjechał po nas samochód  (nie ma sieci, zasięgu telefonu, więc nie ma jak zawiadomić nikogo). Po tej wyczerpującej wędrówce miałem taki zły humor że jak najszybciej chciałem, żeby ten dzień się zakończył.

Próba druga - 23/24.12.2025
Rano pobudka, jedziemy znaną mi wcześniej drogą, tym razem startujemy trochę z innego miejsca, będziemy atakować wulkan od strony zachodniej - czekamy na wielbłąda, wyruszamy dopiero ok 12:40 i docieramy niestety tylko do granicy stożków. Wcześniej wielbłąd odmawia posłuszeństwa, a trzecia osoba w ogóle nie dociera, rezygnuje po drodze. To pole lawowe jest zabójcze. Upadam - kilka zadrapań, jak się okazuje lawa zbiera te żniwo dla miejscowych, choć i tak ich podziwiam, że tylko takie mając albo klapki albo plastikowe sandały. Śpimy na jednym ze stożków. Już wiem, że też tym razem też się nie uda się, mamy 7 km w linii prostej, a przed mną złowieszcze kolejne pole lawowe - więc jakieś 5 h wędrówki. Woda została z trzecią osobą, więc decyzja może być tylko jedna - powrót.

Próba trzecia - 30/31/.12. 2025 udana!

Prawie nikt nie chciał iść ze mną, zresztą już w tym roku kilka dni temu podjąłem próbę, ale jestem uparty i musiałem spróbować jeszcze chociaż raz.

Znana droga, wielbłąd i ta sama droga co za pierwszym razem więc początkowo dość prosto. Jest masakrycznie upalnie, w połowie wielbłąd chce odpoczynku. Docieramy do miejsca, dokąd może iść wielbłąd wczesnym rankiem, dużo wcześniej ok 6:45 i jest nas trójka, ruszamy w kierunku wulkanu, pogoda sprzyja, długo nie wychodzi Słońce, jest tylko 33 stopnie, i znana mi droga, najpierw łatwe do przejścia stare pole lawowe, ale potem niestety wszystko co dobre szybko się kończy i trafiamy na to samo pole lawowe które dało mi w kość ostatnim razem - ale iść trzeba, nie ma innej drogi, trzeba uważać na każdy wystający kamień, nie każdy jest stabilny a lawa ostra jak brzytwa i tak przez ok 4 - 5 km, już wiem że trzeba iść trochę pod skos, żeby je skrócić. Na szczęście tym razem Afarowie mnie słuchają. Kiedy docieramy do znanego mi plataeu, z tego punktu widać że dojście do krateru będzie stąd trudniejsze; próbuję sugerować inną drogę ale nie dogadasz się, nikt nie mówi po angielsku, a ja nie znam afarskiego oczywiście - idziemy więc na wprost, trafiamy na potężne kamienie, ale to nie najgorsze, musimy parę razy ominąć ogromne przepaście, szczeliny, więc droga się wydłuża i trzeba bardzo uważać, żeby nie wpaść. Motywacja jest - jeden z nich pokazuje mi dym, który widać ze stożka i chyba chciał mi powiedzieć, że to nie jest niebezpieczne, ale tym razem brak komunikacji zadziała na moją korzyść.

Coraz bliżej widać ten piękny riolitowy i bardzo kolorowy stożek - mamy ok. 4 km w linii prostej, a więc znacznie dalej. Trzeba omijać ogromne pęknięcia - wreszcie stajemy przed stożkiem, czuć zapach siarki, ale dość znośnie, nie zakładam maski, zresztą mam ją tylko ja. Po krótkim odpoczynku zaczynamy się wspinać, już wiem że zejście z tego stożka będzie gorsze niż wejście, ale na razie celem jest krater. Po ok. 1 h docieramy na szczyt wulkanu - piękny, aczkolwiek dość płytki krater, od strony północnej aktywny, widać fumarole, zresztą z oddali czasami widać jak ten wulkan dymi, wszędzie dookoła siarka, ale na szczęście nie wieje w naszą stronę, dochodzę do fumaroli, chcę zobaczyć Alu od strony Dalafilla - ależ widok ! Aż chciałoby się tamtędy przejść, wszystko z góry wydaje się proste, ale te odległości są bardzo mylące, zdjęcia, dron i jeszcze chwila zadumy na czynnym  kraterze. Wulkan z którym mam osobiste porachunki ( jak wspomniałem wcześniej) i zaczynamy schodzić - to było wyzwanie stożek jest symetryczny, mocne nachylenie, schodzimy pionowo w dół, byleby znowu osiągnąć plataeu. Potem pole lawowe dość łatwe do przejścia, ale długie, a następnie przez 3 km bardzo trudne do przejścia, a więc długoczasowe kolejne pole lawowe. Po lewej stronie rozpoznaje widok krateru Bora Ale, więc jesteśmy dość blisko. Całość do obozu to 23 km - szybka kawa, uzupełnienie płynów i ruszamy w drogę powrotną - jednak w połowie drogi wielbłąd odmawia posłuszeństwa i śpimy na polu lawowym ( tak jak myślałem) Zostało ok 8 km do drogi, idziemy spać - nietypowy sylwester. Po cichutku o północy leci 'Happy New Year" ABBY i jestem szczęśliwy.

Rano ok 6 pobudka, coś na ząb i ruszamy w drogę powrotną, zostało ok 9 km. Około 9 stajemy na drodze i czekamy na samochód. Ja tak naładowany energią że mógłbym tam wrócić. Spełniłem swoje marzenie od lat. Na podsumowanie i więcej zdjęć przyjdzie jeszcze czas - muszę ochłonąć."

Gada Ale i Kurub:


Ale Bagu:


Hayli Gubbi:



Alu:


Bora Ale:


Brawo!

niedziela, 28 grudnia 2025

Krater wulkanu Bora Ale zdobyty przez Tomasza

                                              





Bora Ale to bardzo mało znany stratowulkan w łańcuchu Erta Ale. Daty erupcji nieznane. Tomasz jest być może pierwszym człowiekiem w ogóle, który stanął na skraju jego krateru o szerokości 300 metrów.

"27/28 grudnia 2025 roku, tym razem w końcu krater Borale Ale (Bora Ale) zdobyty. Rok temu eksplorowałem trochę kalderę z piękną kopułą lawową, jednak nie udało się dotrzeć do samego krateru. Wiedziałem, że muszę tutaj wrócić. Wtedy atakowaliśmy wulkan od strony zachodniej, teraz od strony południowej. 

Wędrówka ponad 40 km, najpierw prosto, bo wielbłąd nosi wszystko. To dokładnie 14.7 km i tutaj zostawiliśmy część rzeczy. O mały włos nie straciłem drona z powodu zwrotu sygnału satelitarnego, ale procedura RTH i udało się go odzyskać. Tak czułem, a nawet wiedziałem, że wyprawa na krater musi być następnego dnia. Już rok temu te głazy dały mi się we znaki. Ale najpierw wejście do kaldery, która w tym miejscu jest szeroka, po prawej stronie mijamy pole lawowe, potem wszystko pokryte popiołem wulkanicznym, trochę drzew i dopiero potem zaczyna się wędrówka na krater Bora Ale. Początkowo jest dość łatwo, ale potem robi się coraz stromiej, zasypane pyłem wulkanicznym ogromne głazy ciągną się do samego końca, ponadto chyboczące kamienie, więc trzeba uważać gdzie się stawia stopy. Po około 4 godzinach docieramy na skraj krateru. Piękne fumarole siarkowe, acz trochę zasłonięte. Próbuję iść trochę wzdłuż kaldery, żeby lepiej zobaczyć te fumarole, ale po przejściu około 2 km wracam. Wszystko lepiej widać z drona, więc kilka zdjęć i powrót, bo wiem, że nie będzie łatwo. Po około 5 godzinach docieramy do obozu, krótki odpoczynek i kolejne 14 km do miejsca, w którym czekał na nas samochód. 

Krater już widziałem rok temu, zatem wiedziałem czego się spodziewać, ale z bliska te fumarole siarkowe robią wrażenie. Po drodze trochę małych solfatar i na samym brzegu zapach siarki świadczą że wulkan jest potencjalnie aktywny."

Wiele wulkanów w Etiopii wciąż pozostaje niezbadanych, podobnie niektóre wulkany w Erytrei czy Jemenie.

piątek, 26 grudnia 2025

Wyprawa Tomasza na etiopski wulkan Alu w masywie Erta Ale

                                                          






25-26 grudnia br. Tomasz wybrał się na słabo zbadany wulkan Alu w masywie Erta Ale. Do jedynej erupcji szczelinowej Alu-Dalafilla doszło w 2008 roku. Wygenerowała ona wylewy lawy oraz duży obłok SO2. 

Zapraszam do przejrzenia unikalnych zdjęć (nikt tam nie dociera) i oddaję głos Tomaszowi:

"Wulkan Alu zdobyty po bardzo trudnym i wyczerpującym szlaku. Trochę jestem poobijany, posiniaczony i podrapany, ze stłuczonym mięśniem, ale cały. Niestety załamała się pode mną płyta z lawy i wpadłem aż po pas. Trasa dwudniowa, a przydałby się jeszcze jeden dzień, ale Afarowie inaczej liczą czas. Około 11.30 pierwotne plany idą w łeb, bo droga nie nadaje się dla wielbłąda, więc wodę trzeba dźwigać na barkach. Idzie ze mną wpierw trzech Afarów, jak się okaże tylko jeden z nich pójdzie dalej ze mną, po czym na końcu zostanę sam. Tym razem się uparłem - widząc w oddali kalderę nie mogłem odpuścić. Około 18 po sześciu godzinach wędrówki zostajemy w miejscu gdzie nocujemy. Rankiem ruszamy dalej, ja i Afarczyk, mamy mało wody, na szczęście reszta poczekała po drodze, więc jedna butelka wody się potem znalazła. W pierwszym dniu pokonujemy bardzo trudną i niebezpieczną trasę ze względu na ostre, chyboczące kamienie. Idzie się bardzo powoli patrząc pod nogi, by nie skręcić kostki lub obedrzeć skóry. Lawa jest ostra, a po polu lawowym następuje kolejny etap. Ciężkie, ogromne kamienie i ślady gwałtownej erupcji. Tutaj znajduję miejsce z obsydianami. 14 km morderczej drogi kończy dzień. Kolejny dzień to już wspinaczka na samą kalderę, byleby dotrzeć do stożków tufowych. Tam jest już łatwiej. Docieram do kaldery, jeszcze wspinaczka i dojście do szczeliny, dron i potem powrót, bo mało czasu. Zostało 20 km, gdzie po południu około 15 docieramy do drogi. Trochę o Alu - nie ma tutaj typowego krateru, jest kaldera poprzecinana wieloma szczelinami, zresztą Alu wraz ze stratowulkanem Dalafilla tworzą kompleks wulkaniczny. Na szczegóły i więcej zdjęć przyjdzie jeszcze czas."

Jutro Tomasz spróbuje dotrzeć do krateru stratowulkanu Bora Ale w masywie Erta Ale. Trzymam kciuki. 

środa, 19 listopada 2025

Spływy piroklastyczne schodzą z jawajskiego wulkanu Semeru

 

19 listopada br. doszło do paroksyzmu erupcyjnego jawajskiego wulkanu Semeru. O godzinie 14.13 czasu WiB zarejestrowano pierwszy spływ piroklastyczny z wulkanu, który dotarł na odległość 5 km. Potem wystąpiły kolejne dłuższe gorejące chmury (spływy piroklastyczne), które zaczęły docierać na odległość 8-8.5 km i były doskonale widoczne z Lumajang. Jawajski wulkan został objęty czwartym (najwyższym) stopniem alarmu. Kolumna popiołu nad wulkanem sięgnęła wysokości aż 18 km. Jeden ze spływów piroklastycznych dotarł na odległość aż 17 km. 

Gorące i niezwykle mobilne spływy piroklastyczne z Semeru mogą dotrzeć nawet na odległość 13, 14.5 czy 16 km. Z tego względu Gunung Semeru jest bardzo niebezpiecznym wulkanem zdolnym do niszczenia wiosek oraz zabijania ludzi i zwierząt (tragiczna erupcja 4 grudnia 2021 roku). 

Istnieje też ryzyko zejścia gorących laharów (spływów wulkanicznego błota) wzdłuż doliny rzeki Besuk Kobokan.  

Prawdopodobnie kopuła lawowa Semeru uległa częściowemu zniszczeniu. 

Przykładowe nagranie erupcji piroklastycznej Semeru:

https://x.com/merapi_uncover/status/1991084259080040931

EDIT: Spływy piroklastyczne przemieściły się głównie południowo-wschodnim zboczem wulkanu Semeru mknąc doliną rzeki Besuk Kobokan i docierając do mostu Gladak Perak (odległość 13.9 km od wierzchołka wulkanu). Viralowe stały się nagrania obserwatorów spływu piroklastycznego kręcone na moście i blisko niego. Widać na nich jak gorący spływ piroklastyczny po prostu przekracza most Gladak Perak i (na szczęście dla ludzi) nie rozgałęzia się na drogę. Wówczas obserwujący zginęliby na miejscu. 

GeologyHub o erupcji Semeru:

https://www.youtube.com/watch?v=0It6YHUjkfs

Inne wieści z ostatnich dni:

Trawa stabilna erupcja efuzywna kamczackiego wulkanu Kraszeninnikowa (Krashennikov).

Podobnie trwa aktywność lawowa kongijskiego wulkanu Nyamuragira

Oczywiście zachęcam Was do patronowania Wulkanom Świata, tudzież postawienia mi od czasu do czasu wirtualnej kawki, jeśli lubicie moją aktywność popularyzatorską. Poniżej znajdziecie linki do Patronite oraz buymeacoffee. Z góry dziękuję za cenne dla mnie wsparcie!

https://patronite.pl/wulkanyswiata

https://buycoffee.to/wulkanyswiata