Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tonga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tonga. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2026

Wyprawa Tomasza na wulkan Ambae w Vanuatu

 


























Oddaję głos Tomaszowi. Zerknijcie proszę na wspaniałe fotografie. 

"Data wyprawy: 19/20 lipca 2025 roku.

Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Vanuatu bardzo chciałem wspiąć się na ten wulkan, zabrakło wtedy czasu i pewnie byłoby to trudne, gdyż właściwie wulkan ten jest dostępny dopiero od kilku lat. Ambae to wyspa o wymiarach 16 x 38 km z wulkanem tarczowym Manaro (Manaro Voui/ Lombenben) o wysokości 1496 metrów. Szczyt ma co najmniej dwie zagnieżdżone kaldery. Największa z nich ma średnicę 6 km. Kompleks wulkaniczny składa się z trzech jezior: Manaro Ngoru, Lake Vui i Manaro Lakua - czasami oznacza się je cyframi jako Manaro Voui 1, 2, 3. Wody tych jezior są kwaśne. Jedno z nich, Manaro Ngoru jest (było?) święte dla mieszkańców wyspy. Oznaczało ostatnie miejsce spoczynku. Wszyscy, którzy umierali lądowali właśnie w tym jeziorze. Czasy się zmieniły i mieszkańcy Ambae bardzo chcieliby rozwinąć turystykę. Są jednak dwie przeszkody - pierwsza to rzadkie loty monopolisty na wyspę (2 razy w tygodniu), a druga to nie jest to jednak miejsce dla wszystkich. Widać jednak postępy i bardzo im kibicuję, bo wulkan jest piękny i wart odwiedzenia, choć nie jest do końca bezpieczny. Przede wszystkim słynie z emisji dwutlenku siarki, który w przypadku zmiany wiatru może stwarzać problemy. Na Ambae wylądowaliśmy po podróży z Tonga przez Fidżi (wyprawa na czynny wulkan Tofua), a następnie ciężarówką dotarliśmy do bazy. Tutaj mogliśmy zostawić trochę rzeczy i na szczęście można było liczyć na pomoc przy noszeniu plecaków (po karkołomnej wspinaczce na Tofua z ulgą oddałem swoje duże dwa plecaki) i wyruszyliśmy w drogę na szczyt Manaro Voui. Trasa (określiłbym to jednym zdaniem) to niekończąca się dżungla, jednak tutaj było coś w rodzaju ścieżki, najpierw szeroka, a potem zwężała się i robiło się dość stromo. 

Dotarliśmy prawie przed zmrokiem, rozbiliśmy obóz i następnego dnia czekała nas wyprawa na aktywną część kaldery. To co od razu rzucało się w oczy to obraz post-apokaliptyczny - ogromne połacie spalonych i martwych drzew, których kształty zlewając się z mgłą (szczególnie po zmroku i nad ranem) robiły ogromne wrażenie. To jedna z charakterystycznych cech krajobrazu Manaro Voui. Niesamowity widok.

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy, pogoda była w miarę dobra, nie zapowiadało się na deszcz czy chmury. Po dotarciu na krawędź kaldery i zobaczeniu pięknego widoku na całość wulkanu, zobaczywszy, że lokalsi schodzą w dół, tak samo nabraliśmy ochoty, żeby podejść jak najbliżej (czasami niewiedza jest lepsza i chroni przed strachem, wulkan ten słynie z trujących oparów dwutlenku siarki, a biorąc pod uwagę, że zapomniałem maski, było to dość ryzykowne, gdyby zmienił się kierunek wiatru. Tym razem znowu szczęście nam sprzyjało i podeszliśmy bardzo blisko fumaroli. Ponieważ pogoda zaczęła się zmieniać następnym punktem było dotarcie z innej strony, żeby zobaczyć przepiękne jezioro zlokalizowane tuż za aktywną częścią (niestety nie było słońca i było nieco mglisto, więc jezioro nie pokazało swoich kolorów, szkoda - jedynie udało się uchwycić ten widok wcześniej z drona). Podobno bardzo rzadko jest pogoda na szczycie Manaro Voui, zatem i tak mieliśmy szczęście. Wulkan jest aktywny i ciągle zmienia się jego krajobraz. Eksplozje w kalderze utworzyły jego kratery szczytowe około roku 1640. Kolejne erupcje utworzyły stożek tufowy w jeziorze Voui około 60 lat później. Ostatnia erupcja miała miejsce około 1700 r. Wulkan był uśpiony od około 1850 r. do 1991 roku, kiedy to pod największym jeziorem Voui rozpoczęła się silna erupcja. Mieszkańcy wyspy zostali po raz pierwszy ewakuowani po raz pierwszy w 1995 roku w obawie przed zbliżającą się erupcją, która okazała się niewielka. Od tego czasu ewakuowano ich wielokrotnie. 27 listopada 2005 roku rozpoczęła się kolejna erupcja, która doprowadziła do ogłoszenia alarmu wulkanicznego drugiego stopnia i rozpoczęcia przygotowań do ewakuacji. 8 grudnia 2005 roku erupcja nasiliła się, zmuszając ponad 3000 mieszkańców wyspy Ambae do jej opuszczenia. 28 września 2017 roku wulkan wybuchł ponownie i rząd nakazał całkowitą ewakuację mieszkańców wyspy. Wówczas popiół wulkaniczny pokrył Ambae, niszcząc uprawy oraz zanieczyszczając powietrze i wodę. W kwietniu 2018 roku około 10 000 pozostałych mieszkańców wyspy otrzymało nakaz ewakuacji z domów. Przepiękny wulkan - wylądował na mojej prywatnej liście w pierwszej dziesiątce."

Zdjęcia Tomasz Lepich, Matthew Davison. 

Wcześniejszy opis wyprawy na wulkan Tofua w Tonga:

https://wulkanyswiata.blogspot.com/2025/08/wyprawa-na-wulkan-tofua-i-odkrycie.html

Krótkie niusy: 

1) trwa erupcja wulkanu Home Reef w Tonga. Powierzchnia najmłodszej wyspy na Ziemi wynosi plus minus 0.27 km kwadratowych.  

2) dwa małe wylewy lawy schodzą z wierzchołka wulkanu Big Ben (Mawson Peak, Australia, Wyspa Heard).

niedziela, 1 lutego 2026

Silna erupcja wulkanu błotnego Dasmardan w Azerbejdżanie

 

30 stycznia br. o godzinie 16.53 lokalnego czasu doszło do silnej erupcji wulkanu błotnego Dashmardan, która trwała 13 minut. W jej trakcie doszło do wylewu mułu oraz samozapłonu metanu, w trakcie którego płomienie wystrzeliły wysoko w górę. Do poprzednich udokumentowanych erupcji tego wulkanu błotnego doszło w latach 1866, 1954 (silna), 1976, 1986 i 2011. W Azerbejdżanie występuje około 350-400 wulkanów błotnych i w zasadzie co roku wybucha któryś z tych wulkanów. Nagranie do obejrzenia poniżej: 

https://x.com/CriticalStress_/status/2017599682357407967

28 stycznia br. kamczacki wulkan Szywiełucz wyrzucił popiół na wysokość 9 km. Dla branży lotniczej wydano pomarańczowy stopień alarmu. 

Trwa aktywność efuzywna wulkanu Home Reef w Tonga. Kod awiacji został zwiększony na pomarańczowy ze względu na możliwość emisji popiołu. 

czwartek, 1 stycznia 2026

Erupcja szczelinowa w Valle del Bove wulkanu Etna

                                                                  
Zastanawiałem się dzisiaj który wulkan zainauguruje nowy 2026 rok i okazało się że będzie to sycylijski wulkan Etna. Na północno-zachodniej ścianie Valle del Bove, w pobliżu stożka Monte Simone, na wysokości 2100 metrów otworzyła się szczelina erupcyjna produkująca wylew lawy, którego czoło znajduje się obecnie na wysokości 1580 metrów. Erupcja jest doskonale widoczna z okolic wulkanu m.in. z Giarre, Santa Venerina, Fornazzo czy Milo. Obecnie nie ma zagrożenia dla terenów zamieszkałych u podnóża wulkanu. Zdj. Gianni Pennisi.

Jutro aktualizacja. Szczerze nie spodziewałem się, że popełnię dziś jeszcze jeden wpis na blogu. Doceńcie wysiłek Tomasza w eksplorowaniu niezdobytych wulkanów łańcucha Erta Ale. 

http://wulkanyswiata.blogspot.com/2026/01/stratowulkan-dalafilla-zdobyty-przez.html

Erupcja w Valle del Bove początkowo nie została dostrzeżona przez naukowców z INGV z powodu gęstego zachmurzenia. 

W piątek 2 stycznia br. czoło wylewu lawy znajdowało się w Valle del Bove na wysokości 1450 metrów. Odrywają się od niego bloki lawy.

Od 23 grudnia 2025 roku mamy wznowienie erupcji lawowej wulkanu Home Reef w Tonga. Wylewy lawy wciąż powiększają powierzchnię najmłodszej wyspy wulkanicznej na Ziemi.

Zachęcam do wsparcia WŚ poprzez dłuższy Patronat albo poprzez jednorazowe wsparcie kawowe. Blogi czytane są obecnie coraz rzadziej, przewagę mają podcasty i krótkie formy filmowe. Jednak ja nadal chcę blogować i popularyzować wiedzę o wulkanach w sposób pisemny. Z góry dziękuję za wszelkie wsparcie. Poniżej linki wsparciowe:

https://patronite.pl/wulkanyswiata

https://buycoffee.to/wulkanyswiata

poniedziałek, 10 listopada 2025

Nishinoshima i Home Reef: najnowsze zdjęcia najmłodszych wysp wulkanicznych na Ziemi

 





W listopadzie br. odbyła się pierwsza wyprawa wulkanologiczna na najmłodszą wyspę wulkaniczną na Ziemi, czyli Home Reef w Tonga. Home Reef ma średnicę około 1 km, stożek mierzy około 70 metrów wysokości. Z małego krateru na wysepce wydobywał się obłok pary i dwutlenku siarki SO2. Także istnieje ryzyko przyszłych umiarkowanych erupcji eksplozywnych Home Reef. Zdj. Tonga MLSP/SR. 

https://matangitonga.to/2025/11/09/first-volcanology-mission-visits-tonga-s-most-active-volcano

Przejrzałem sobie także najświeższe zdjęcia japońskiej wyspy wulkanicznej Nishinoshima (Wyspy Ogasawara), która formowała się w latach 2013-23. Prześliczny wulkan i prześliczna ciemna wulkaniczna plaża. Co ciekawe, jednym z pierwszych kolonizatorów roślinnych na Nishinoshima była portulaka pospolita (Portulaca oleracea). 

Jestem ciekaw czy japoński wulkan jeszcze w przyszłości się przebudzi. Zdj. as.y/X.

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Wyprawa na wulkan Tofua i odkrycie nowego jeziora lawy

                                                               






























W lipcu bieżącego roku odbyła się międzynarodowa wyprawa na wulkany Tonga i Vanuatu, w której uczestniczył eksplorator wulkanów Tomasz Lepich. Jednym z celów wyprawy był wyspiarski stratowulkan Tofua, na który składa się jezioro kalderowe oraz aktywny stożek Lofia. Lofia jest wulkanem w stanie ciągłej erupcji od października 2015 roku. W rzeczywistości erupcje na Tofua są notowane już od XVIII wieku. Krater stożka Lofia ma szerokość 70 metrów i głębokość 120 metrów. 

Tomasz oraz pozostali członkowie lipcowej wyprawy na Tofua potwierdzili w nim obecność jeziora lawy wielkości kortu tenisowego. Można zatem śmiało powiedzieć, że to dziewiąte jezioro lawy na Ziemi - ósmym jest pioniersko sfotografowane w 2022 roku jezioro lawy wulkanu Michael (Sandwich Południowy). Co ciekawe, Tofua opisałem w "Sekretach wysp wulkanicznych", czyli mojej póki co jedynej książce. 

Oddaję głos Tomaszowi:

"Kiedy myśli się o Tonga to od razu na myśl przychodzi Hunga Tonga-Hunga Ha'apai ze słynną erupcją 15 stycznia 2022 roku czy choćby teraz Home Reef, najmłodszy wulkan Tonga. Jednak najbardziej aktywnym wulkanem na Tonga jest Tofua, a ze zdjęć satelitarnych wynikało, że może jest tam płynna lawa, toteż taki był główny cel tego wypadu.

Kiedy we wrześniu tamtego roku rodził się pomysł wyprawy na Tonga wydawało mi się to początkowo prawie niemożliwe, ten kraj wydawał się tak odległy, niedostępny, a dodatkowo jeszcze patrząc na mapę jak bardzo oddalona jest wyspa pomyślałem, że fajnie by było, ale jak i czym i jaką trzeba mieć łódź, żeby się dostać na tę wyspę. Zgodziłem się natychmiast nie zdając sobie sprawy jak trudne to będzie przedsięwzięcie, nie chcąc wiedzieć nawet czym tam będziemy płynąć (na Vanuatu w drodze na wulkan Lopevi o mały włos łódka nie wywróciła się do góry nogami). 

Daty naszej wyprawy zmieniały się. Ustaliliśmy w końcu, że będzie to lipiec. Najpierw czekały mnie loty KTW-FRA-SIN-AKL, by w końcu dotrzeć do Tonga, na wyspę Tongatapu i i do stolicy Nuku'alofa liniami ANZ. Tam zatrzymaliśmy się w pensjonacie. Późnym popołudniem przepakowanie i na szczęście możliwość zostawienia niektórych rzeczy, w tym walizki. Następnego dnia mieliśmy samolot na wyspę Ha'apai linią Lulutai (to też przeżycie!), gdzie tego samego dnia czekała na nas łódka, którą mieliśmy płynąć na wyspę Tofua. Dotarcie na tak odległą wyspę wcale nie jest takie proste. Zrobiliśmy szybkie zakupy, bo przecież na wyspie nie ma niczego i rozpoczął się 4.5 godzinny rejs. Już sam fakt, że miejscowi gubili się w zeznaniach, ile popłyniemy wskazywał jak rzadko ktoś tam dopływa, o lądowaniu i wspinaczce nie wspominając. Po drodze mijaliśmy różne wysepki, potem po prawej stronie burty zaczął wyłaniać się wulkan Kao i około 16.15 przycumowaliśmy do brzegu Tofua. Z głównej łodzi pontonami po kolei każdy z nas plus nasze bagaże dotarliśmy na brzeg wyspy. Wulkaniczny, czarny, gdzieniegdzie widoczna lawa pahoehoe, więc już miałem ciarki.

Rozpoczął się trekking - czekała nas niezła przeprawa przez nieznaną, gęstą dżunglę. Każdy z nas musiał wnieść na górę zapas wody. Część zostawiliśmy przy brzegu, po którą częściowo wróciliśmy następnego dnia i oczywiście plecaki. 

Pierwszego dnia, ponieważ nie było zbyt wiele czasu postanowiliśmy przenocować około 1 km od brzegu wcześniej szukając lepszego miejsca, po raz pierwszy gubiąc się w tej gęstej dżungli (GPS szalał). Zdecydowanie brakowało nam maczety, trzeba było też uważać na pajęczyny i ogromne pająki, no i komary, a także inne latające owady ze spadającymi kokosami włącznie. Nie było zbyt łatwo, wtedy też poczułem ciężar swoich dwóch plecaków wypełnionych i obciążonych dodatkowo butelkami wody. Ale to był dopiero początek. Następnego dnia, chcąc obozować na kalderze, bo taką podjęliśmy decyzję musieliśmy pokonać całą wysokość kaldery. Wyspa ma około 500 m (485 metrów) wysokości, ale i to stanowiło niemały problem, żeby wspiąć się na górę. To była bardzo mordercza wspinaczka. Brak szlaku, nawet ścieżki, bardzo gęsta dżungla, bardzo gorąco, no i trzeba było wnieść plecaki - ja miałem bardzo ciężkie oba. Już sam pusty plecak (mały) był ciężki, a co dopiero wypełniony sprzętem plus plecak główny plus wody. Dodatkowo około popołudnia ogarniała mnie senność z powodu jetlagu, ale świadomość tego, że albo teraz, albo nigdy, a poza tym nie mogłem być hamulcowym grupy dodawała mi sił. Do teraz nie wiem skąd. Oba plecaki ważyły tyle co ja. Czasami nachylenie wspinaczki było bardzo ostre i miałem wrażenie, że wspinam się nie na 500 metrów, a co najmniej na 1000 m. Trasa, która w rzeczywistości liczyła 4 km, ze względu na strome podejście, taszczenie naszych bagaży, upał, nieznajomość terenu - bo co z tego, że wiesz gdzie iść, jak nie jesteś w stanie przedrzeć się przez gęstą dżunglę zajęła nam dłużej niż mogłoby się początkowo wydawać. Wielokrotnie też zawracaliśmy, szukając jakiejś luki, ścieżki, którą można by było przejść. Pełna improwizacja. Dodatkowo głębokie uskoki, wystające, ale ukryte korzenie drzew, stare pradawne strumienie lawy, bardzo śliskie podłoże i pełno dziur, gdzie musieliśmy się nawzajem ostrzegać nie przyśpieszało tej wędrówki. Gęsta dżungla następnie przeszła w bardzo gęste paprocie i niskie drzewa, ale to nic, bo dalej nachylenie było bardzo strome. Na szczęście perspektywa napotkania pająka lub zawinięcia się w pajęczynę malała z każdym metrem wędrówki, a patrząc na zegarek, licząc każdy metr powoli pięliśmy się w górę.

Zresztą wyspa ma bardzo ciekawy ekosystem - raj dla botanika, ale też niejeden entomolog miałby tutaj frajdę. Prawie trzy czwarte trasy to bardzo strome podejście, nachylenie 40-50 procent, pod koniec byłem już tak zmęczony, że musiałem wypracować sposób w jaki sposób wejść z dwoma ciężkimi plecakami na szczyt. Najpierw podrzucanie do przodu jednego lub wręcz taszczenie po ziemi jednego i jakoś powoli piąłem się do góry. Wreszcie po około 5.5 godziny (ok. 13.45) stanęliśmy na brzegu kaldery. Widok był niesamowity - ogromne jezioro, a po prawej stronie aktywna część kaldery, czyli stożek Lofia. Byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie się tak zwyczajnie cieszyć, choć serducho drżało i ciarki przechodziły nie potrafiłem tak bardzo pokazać emocji. Pogratulowaliśmy sobie nawzajem, ale tak naprawdę to mało co pamiętam z tej chwili.

Krótki odpoczynek i rozpoczęła się wędrówka w kierunku aktywnego kompleksu Lofia, teraz już z tylko z jednym plecakiem i tak ciężkim, ale teraz wydawał się już leciutki, choć zmęczenie nie odpuszczało. To już były tylko skały, ale zejście niekiedy było bardzo strome, skręcenie kostki lub upadek był bardzo prawdopodobny, wszyscy pewnie byliśmy zmęczeni, ale głodni widoku. Chcieliśmy się dostać jak najbliżej stożka. Po drodze mijaliśmy szereg świeżych bomb wulkanicznych świadczących o wzmożonej aktywności wulkanu, a także 'porykiwanie' wulkanu. Puściłem drona i początkowo nie zauważyłem lawy, dopiero drugi lot (dzięki Matthew), po tym jak odsłaniał się dym ukazało się jezioro lawy - choć ja początkowo sceptyczny potrzebowałem większych dowodów. 

Gdybym wiedział, że już tutaj nie wrócimy - początkowo mieliśmy zostać jeden dzień dłużej, inaczej bym to wszystko rozplanował. Ale wygoniła nas z Tofua pogoda. Ja czułem ogromne zmęczenie, ból obu barków, senność w tym dniu. 

Wróciliśmy około 18.30 do miejsca, gdzie zostawiliśmy nasze rzeczy, po drodze mając w porze golden hour widok na wulkan Kao. Tego widoku długo nie zapomnę, do tego zachód Słońca. Teraz czekała nas następna trudność, czyli rozbicie namiotu, w miejscu gdzie podłoże to nie piasek, a często po prostu w połowie śledzia skała. Więc zaczął się 'taniec' z namiotem i szukanie miejsca aż w końcu każdemu z nas udało się rozbić namiot. Po zmierzchu zrobiło się wietrznie i bardzo zimno, ale perspektywa zdjęć i filmów z blaskiem jarzącej się lawy trzymała jakoś nas wszystkich - więc zabrałem statyw i z powrotem w górę, na szczęście jakieś 50 metrów od namiotów. 

Późnym wieczorem ok. 23 zrobiło mi się już tak zimno że w końcu odpuściłem i poszedłem do namiotu. To wtedy zaczęło do mnie docierać gdzie jestem i co się właściwie stało, puściły nerwy i poleciały łzy wzruszenia. Szybko zasnąłem jak zwykle. Rano szybkie zwijanie namiotów, zdążyłem jeszcze polatać dronem - celem tym razem było zrobienie panoramy całej wyspy - ostatni widok na kalderę i zaczęliśmy schodzić. Tym razem to oczywiście zabójstwo dla kolan, kijki zostały w walizce, bo teraz były bardzo strome zejścia, trzeba było uważać, aby nie wpaść w dziurę, nie poślizgnąć się i nie złamać lub nie skręcić kostki. Tym razem czasami po prostu puszczałem mały plecak, żeby się sturlał lub szurałem nim po podłożu, nie miałem siły go cały czas mieć na już obolałych ramionach. 

Byliśmy umówieni z rybakami na konkretną godzinę, a jeszcze trzeba było wrócić łodzią na ląd przed zapadnięciem zmroku i zapowiadanej złej pogody. Z wyspy odpłynęliśmy około 11.30, a w drodze na ląd mieliśmy szczęście parę razy widzieć wieloryby. Na Ha'apai dopłynęliśmy około 17.30. 

Jak zwykle zabrakło jednego dnia więcej, ale to już u mnie standard. To niezwykłe przeżycie i niezwykła wyspa - niezamieszkana, mająca unikalny ekosystem i przez to że tak trudno dostępna jeszcze bardziej tajemnicza i pociągająca. A już to, że odkryliśmy na niej jezioro lawowe jeszcze bardziej dawało nam wszystkim adrenalinę. Powłóczyłbym się tam jeszcze z miłą chęcią, szczególnie chciałem dotrzeć do tej jedynej opuszczonej wioski. Jak ważne okazuje się w takim terenie zgranie, ostrzeganie się nawzajem i patrzenie, czekanie na siebie nawzajem to dowiodło też, że byliśmy bardzo dobrze zgraną paczką. Wszyscy byliśmy poobijani, skaleczeni, każdy z nas wielokrotnie upadał, ale byliśmy szczęśliwi, bo się udało osiągnąć cel, a niewiele osób stanęło na Tofua. Znowu pewnie jestem pierwszym Polakiem na wyspie, a na pewno pierwszym z Polski, który odkrył wraz z niesamowicie zgranym zespołem jezioro lawowe na tej odległej wyspie. Tofua zostanie bardzo długo w mojej pamięci i tak naprawdę dopiero teraz gdy piszę te słowa i też czytam co napisali inni dociera do mnie powoli jak wielką rzecz zrobiliśmy wspólnie i za to jeszcze raz dzięki."

Zdjęcia Tofua Tomasz Lepich, 10-12 lipca 2025. Na zdjęciach widać, że mniejsze stożki w pobliżu aktywnego stożka Lofia są nieaktywne. Sąsiadujący z Tofua stratowulkan Kao został kiedyś zdobyty (grudzień 2002?) przez grupę ochotników Peace Corps:

http://peacecorpsonline.org/messages/messages/467/2014488.html

Materiał o tej ekspedycji na Tofua od Extreme Pursuit. Tak mniej więcej przebiegała ta wyprawa. Polecam, jeśli lubicie bezludne wyspy wulkaniczne.

https://www.youtube.com/watch?v=Nm5o-c6UwsI

Dodatkowe informacje i archiwalne zdjęcia Tofua poniżej:

https://tropicalislands.net/tofua-island/

Tomasz o wyspie wulkanicznej Kao (na pierwszych zdjęciach):

"Wyspa Kao o powierzchni 11.6 km kwadratowych, która jest oddalona od Tofua o 4-6 km to właściwie prawdopodobnie nieczynny stratowulkan stanowiący zarazem najwyższy szczyt Królestwa Tonga. Już samo to, że podawane są różne wartości jego wysokości (1009, 1030, 1033, 1046 m) świadczą o tym, że to teren nie do końca zbadany. A wulkan jest widoczny przy dobrej pogodzie z wysp Ha'apai, a konkretnie z Pangai.

Wyspa została odkryta jak większość wysp w tym rejonie przez kapitana Cooka. Znalazłem też informację, że udało się komuś dostać na Kao od strony południowej. Wyspa jest niezamieszkana, jedna na południowo-zachodnim brzegu znajdowała się kiedyś osada Topuefio. 

Geneza jej powstania nie jest znana, daty erupcji wulkanu nie są znane, nie ma opisu czy są tam jakieś świeże wylewy lawy. Na szczycie znajduje się wiele kraterów. Cały czas obserwowałem czy odsłoni się wierzchołek tego stożka, ale niestety wulkan cały czas pokrywała warstwa chmur. Kiedy po południu wyszło Słońce, gdy wracaliśmy z okolic stożka Lofia ukazało się całe piękno tego wulkanu. Oczywiście nie było w planach jego zdobycia. 

Wulkan jest bardzo ciężki do zdobycia, wyobrażam sobie, że skoro wędrówka na Tofua była taka mordercza, a Kao to dwa razy wyższy wulkan. Trudny do zdobycia przede wszystkim przez strome klify, więc ciężko tam zacumować łódkę, już na Tofua szukaliśmy dość długo dogodnego miejsca. Nie ma też zapewne znowu żadnego szlaku, wszystko zarośnięte i trzeba by przedzierać się przez gęstą dżunglę o zdradliwych wąwozach nie wspominając.

Z wyspą jest związana legenda wg wierzeń mieszkańców dawnego Tonga. Cytując Gilforda, badacza pierwotnych wierzeń Tonga: "Trzy bóstwa z Samoa, Tuvuata, Sisi i Faingaa chciały ukraść wyspę Tofua. Wyrwały więc wielką górę z korzeniami i na jej miejscu powstało jezioro. To oburzyło bóstwa z Tonga i jedno z nich, Takafula, ruszyło powstrzymać złodziei. Stanęło ono na wyspie Lahauko i zgięło się tak, by jego odbyt zaświecił i przeraził złodziei. Bóstwa z Samoa wzięły blask za wschodzące słońce, które może ujawnić ich kradzież. Ze strachu upuściły górę, która stała się wyspą Kao."

Wulkan jest majestatyczny, symetryczny, trochę przypominał mi Lopevi (Vanuatu) i jak kiedyś miałbym wrócić na Tonga (a obiecałem to jednej osobie) to kto wie czy nie pokuszę się o jego zdobycie, choć będzie to piekielnie trudne, choćby logistycznie. Pewne wulkany siedzą mi w głowie i nie dają spokoju. Bardzo blisko między wyspami Tofua i Kao znajduje się czynny podmorski wulkan Lateiki (Metis Shoal), który wybuchał już wielokrotnie, więc ten obszar niejednokrotnie da o sobie znać i może będzie warty powrotu."