czwartek, 8 stycznia 2026

Spływy piroklastyczne schodzą z wulkanu Mayon

 

Rankiem 8 stycznia 2026 roku z wulkanu Mayon (Luzon, Filipiny) zeszły spływy piroklastyczne. Niewielki opad popiołu miał miejsce w miastach Legazpi, Ligao, Guinobatan, Bacacay, Camalig, Anislag, Daraga (prowincja Albay). Około 3000 osób (729 rodzin) zostało wcześniej ewakuowanych z 6-kilometrowej strefy zagrożenia wokół filipińskiego wulkanu. Zdj. Radyo Veritas. 

Spływy piroklastyczne schodzą wąwozami Miisa, Basud i Bonga. Poniżej nagranie od PHIVOLCS:

https://www.facebook.com/share/v/1DWYz2rdoD/

Od 1 stycznia br. Mayon objęty jest trzecim stopniem alarmu. Szczerze spodziewałem się przebudzenia tego wulkanu w 2026 roku, gdyż symetryczny Mayon jest jednym z najaktywniejszych (obok Taal, Bulusan i Kanlaon) wulkanów Filipin. Ostatni raz wybuchł w 2023 roku.

Obejrzyjcie przy okazji wywiad z Tomaszem, który niedawno wrócił z Etiopii ukończywszy tam projekt zdobycia wszystkich 6 do tej pory niezdobytych wulkanów masywu Erta Ale. Gratulacje. 

https://katowice.tvp.pl/90925044/wulkany-to-jego-pasja-kardiolog-wraca-z-afryki

Wpis będzie aktualizowany, jeśli tylko okaże się, że spływy piroklastyczne z aktywnej kopuły lawowej Mayon zrobią się większe, rozleglejsze.

Wyciek lawy z wulkanu Etna zatrzymał się w Valle del Bove na wysokości 1360 metrów i stygnie. Erupcja ustała. 

Wciąż trwa wyciek lawy z kongijskiego wulkanu tarczowego Nyamuragira (Kongo), który dotarł na odległość 6.5 km. 

Niewielkie erupcje zarejestrowano na wulkanie Ambae (Vanuatu) w dniach 4-6 stycznia br. 

9 stycznia br. pomarańczowym alertem objęty został wulkan Sabancaya w Peru ze względu na emisje popiołu. 

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Samochodowy wyścig na wulkanie Ojos del Salado

                                                                 


Najwyższy andyjski wulkan Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) był miejscem pobicia kilku rekordów świata w zakresie zmotoryzowanej wspinaczki górskiej.

Pierwszy rekord został ustanowiony przez niemiecką wyprawę Matthiasa Jeschke. 2 kwietnia 2007 roku poprawiony został rekord rosyjskiego zespołu, który przybliżyłem w poprzednim wpisie o Elbrusie. W tym dniu dwa tuningowane Jeepy Wrangler Unlimited osiągnęły na tym wulkanie wysokość 6646 m.n.p.m. W tym miejscu zespół ustawił znamienną tablicę następującej treści: Jeep Parking Only - All Others Don't Make It Uphere Anyway.

Rekord ten przetrwał niespełna dwa tygodnie. 21 kwietnia 2007 roku został bowiem poprawiony o aż 42 metry przez dwójkę Chilijczyków: Gonzalo Bravo i Eduardo Canalesa, którzy na Ojos del Salado wjechali swoim tuningowanym Suzuki Samurai na wysokość 6688 metrów. 

13 grudnia 2019 roku rekord ten został wywindowany do wysokości 6694 metrów przez fabryczny zespół Mercedesa dowodzony przez Matthiasa Jeschke. Dwie specjalnie przygotowane ciężarówki Mercedes Unimog U 5023 osiągnęły tą wysokość.

3 grudnia 2023 roku Romain Dumas (trzykrotny zwycięzca 24 godzinnego wyścigu Le Mans) jadąc specjalnie przygotowaną na tą okazję Porsche Carrera 911 4S Edith, osiągnął na Ojos del Salado wysokość 6734 metry poprawiając poprzedni rekord o 40 metrów. Na potrzeby tego zamierzenia Porsche nawiązało współpracę z zespołem wyścigów terenowych RD Limited, a także z międzynarodowymi, specjalistycznymi firmami tuningowymi. 

Dwa sportowe modele Porsche Carrera 911 S4 (nazwane Edith i Doris) zostały kompletnie przebudowane i wyposażone m.in. w osie portalowe (co pozwoliło na zwiększenie prześwitu do 350 mm) i grube opony terenowe, zmniejszono też przełożenia siedmiobiegowej manualnej skrzyni biegów. W samochodach zamontowano także lekkie osłony podwozia z kevlaru oraz jeden fotel z włókna węglowego dla kierowcy. W obu pojazdach 3-litrowy, sześciocylindrowy silnik z podwójnym turbodoładowaniem o mocy 311 kW (przy 6500 obrotach na minutę) i momencie obrotowym 530 Nm (przy 2300 obr./min) został dostosowany do e-paliwa HIF produkowanego w Chile. Wszystkie te zmiany poprawiły właściwości jezdne pojazdów, zwłaszcza na 'prawie pionowych' odcinkach podjazdu. 

O ile sam wjazd na rekordową wysokość został zrealizowany w ciągu jednego dnia, o tyle przez cały okres czteroletnich przygotowań za Romainem Dumasem stał międzynarodowy zespół składający się z kilkudziesięciu inżynierów i projektantów, zarówno z Porsche, jak i z firm partnerskich.

Więcej o wyprawie:


Rekord Porsche wydaje się na razie bezpieczny, ponieważ drzemiący wulkan Ojos del Salado, na który dotarł pojazd Porsche jest uznawany za najwyższy teren dostępny dla samochodów i innych pojazdów mechanicznych. To aktualny rekord Guinnessa.

Czy ktoś spróbuje wjechać jeszcze wyżej na Ojos? 

niedziela, 4 stycznia 2026

Land Roverem na wulkan Elbrus

 


Jednymi z ciekawostek zamieszczonych przeze mnie przy okazji krótkiego opisania siedmiu wulkanicznych szczytów wchodzących w skład Wulkanicznej Korony Ziemi były dwa rekordy Guinnessa wjazdu samochodem pod/na szczyt.

Położony w zachodniej części Kaukazu, w górach Kabardo-Bałkarskiej Republiki Rosyjskiej Elbrus to uśpiony, najwyższy wulkan Europy (wierzchołek wschodni - 5642 m.n.p.m i zachodni - 5621 m.n.p.m). 

Do 1997 roku oba wierzchołki były zdobywane w tradycyjny sposób. W 1996 roku Aleksander Abramow, rosyjski alpinista i podróżnik zaproponował inny sposób podboju Elbrusa. Zamierzał wykorzystać terenowy Land Rover. 

Po rocznym treningu na bezdrożach i górach Kaukazu, a także po wielkokrotnym przemierzeniu przyszłej trasy pojazdu, 1 sierpnia 1997 roku o godzinie 06.30 rano Abramow specjalnie przygotowanym Defenderem-90 (w seryjnym turbodieslu o mocy 113 KM zostały wzmocnione elementy podwozia, zamocowane blokady międzykołowe, zainstalowano dodatkowe wyciągarki, oświetlenie i sprzęt łączności), wraz z ośmioma współtowarzyszami wyruszył na podbój najwyższego europejskiego wulkanu. Dotarcie na wysokość 3883 metrów, do stacji Gara-Bashi, nie było zbyt trudne, głównie dzięki sprzyjającym warunkom pogodowym i terenowym. Najtrudniejsze miało dopiero nadejść. 

Warunki podjazdu pogorszyły się, śnieg i lód zaczęły odgrywać coraz większą rolę w jeździe pod górę. Pomimo dodatkowego wyposażenia i wzmocnień samochód wielokrotnie wymagał naprawy. Na stoku wymieniono m.in. półosie, przekładnię kierowniczą, skrzynię rozdzielczą, wyciągarki. 

Po 44 dniach niekończącej się walki ze śniegiem, lodem i problemami mechanicznymi, 13 września 1997 roku Abramow i jego zespół zdołali jednak wjechać (częściowo wciągnąć Land Rover) na zachodni wierzchołek Elbrusa, ustanawiając tym samym rekord Guinnessa wjazdu samochodem na maksymalną wysokość. 

Po zdobyciu szczytu, zespół uznał, że po tak dużym wysiłku zasłużył na odpoczynek nad Morzem Czarnym. Po pobycie i regeneracji na tzw. Rosyjskiej Riwierze, zespół Abramowa wyruszył pod koniec września, aby ściągnąć Land Rovera z oblodzonego szczytu. 

Niestety warunki pogodowe znacznie się pogorszyły, było jeszcze więcej śniegu i zimniej niż przed miesiącem. Po dotarciu na miejsce okazało się, że samochód jest całkowicie zamarznięty. Po odlodzeniu i uruchomieniu silnika podjęto mozolną akcję sprowadzenia samochodu w dół. Jednak podczas jej trwania, 11 października zerwała się główna lina, którą był zabezpieczany. Koziołkując po zboczu Land Rover roztrzaskał się o skały na wysokości około 5400 metrów. Nadal spoczywa w tym miejscu. 

W !999 roku w rosyjskiej telewizji pojawił się film członka wyprawy Olega Bogdanowa zatytułowany "Człowiek, samochód i góra", poświęcony ekspedycji. 

czwartek, 1 stycznia 2026

Erupcja szczelinowa w Valle del Bove wulkanu Etna

                                                                  
Zastanawiałem się dzisiaj który wulkan zainauguruje nowy 2026 rok i okazało się że będzie to sycylijski wulkan Etna. Na północno-zachodniej ścianie Valle del Bove, w pobliżu stożka Monte Simone, na wysokości 2100 metrów otworzyła się szczelina erupcyjna produkująca wylew lawy, którego czoło znajduje się obecnie na wysokości 1580 metrów. Erupcja jest doskonale widoczna z okolic wulkanu m.in. z Giarre, Santa Venerina, Fornazzo czy Milo. Obecnie nie ma zagrożenia dla terenów zamieszkałych u podnóża wulkanu. Zdj. Gianni Pennisi.

Jutro aktualizacja. Szczerze nie spodziewałem się, że popełnię dziś jeszcze jeden wpis na blogu. Doceńcie wysiłek Tomasza w eksplorowaniu niezdobytych wulkanów łańcucha Erta Ale. 

http://wulkanyswiata.blogspot.com/2026/01/stratowulkan-dalafilla-zdobyty-przez.html

Erupcja w Valle del Bove początkowo nie została dostrzeżona przez naukowców z INGV z powodu gęstego zachmurzenia. 

W piątek 2 stycznia br. czoło wylewu lawy znajdowało się w Valle del Bove na wysokości 1450 metrów. Odrywają się od niego bloki lawy.

Od 23 grudnia 2025 roku mamy wznowienie erupcji lawowej wulkanu Home Reef w Tonga. Wylewy lawy wciąż powiększają powierzchnię najmłodszej wyspy wulkanicznej na Ziemi.

Zachęcam do wsparcia WŚ poprzez dłuższy Patronat albo poprzez jednorazowe wsparcie kawowe. Blogi czytane są obecnie coraz rzadziej, przewagę mają podcasty i krótkie formy filmowe. Jednak ja nadal chcę blogować i popularyzować wiedzę o wulkanach w sposób pisemny. Z góry dziękuję za wszelkie wsparcie. Poniżej linki wsparciowe:

https://patronite.pl/wulkanyswiata

https://buycoffee.to/wulkanyswiata

Stratowulkan Dalafilla zdobyty przez Tomasza

                                                                        










Tomasz właśnie osiągnął swój cel i zdobył ostatni z wulkanów łańcucha Erta Ale, czyli ładny i symetryczny stratowulkan Dalafilla (578 m. wysokości, Dalaffilla, w użyciu jest też nazwa z dwoma literkami f), który po raz ostatni wybuchł w 2008 roku produkując wylewy lawy z zachodniej i północno-zachodniej flanki. To wielkie osiągnięcie naszego rodaka, który od lat eksploruje liczne ziemskie wulkany. Afarowie twierdzą, że nie ma nikogo poza Tomaszem, kto by to zrobił. Oddaję Tomaszowi głos. Dalafilla próbował zdobyć trzykrotnie i wreszcie się udało!

"30/31/01 Dalaffilla (Gabuli) Afar

wreszcie krater zdobyty!  
więc cały stratowulkan
- trasa 59 km.
Najładniejszy. ale też najtrudniejszy do zdobycia symetryczny, riolitowy kolorowy stożek - po afarsku znaczy podobno „szyja wielbłąda”, przepiękny.
Ale po kolei, bo łatwo nie było (wpisy chaotyczne, nic nie będę poprawiał, pisałem pod wpływem ogromnych emocji - więc zostawiam pisownię oryginalną) jeśli przyjdzie kiedyś to opublikować to poprawię - a poza tym to nie tak, że wszystko się udaje jak przeczytacie poniżej, ale jestem cierpliwy i uparty.

Próba pierwsza. 12/22.12.2024

Parafrazując powiedzenie - człowiek myśli, wulkan kreśli - po morderczych 55 km nie udało się niestety zdobyć szczytu wulkanu Dalafilla. Ale do rzeczy. Zarówno Bora Ale, jak i Dalafilla to wulkany znajdujące się w tej samej linii co Erta Ale. Mylące jest jednak to że znajdują się blisko drogi. Zła logistyka i planowanie spowodowało, że nie udało się. Zabrakło może 1 km, ale jak wiadomo w górach ten jeden km może być kluczowy i czasami ostatni. Wyruszyliśmy z drogi z pomocą wielbłąda. Trzeba przede wszystkim dużo wody, temperatury tutaj makabrycznie wysokie. Pole lawowe jest szerokie na 14 - 15 km, więc wyruszając po południu dotarliśmy do pierwszego punktu ok 21, gdzie zanocowaliśmy. Ja i dwóch Afarów. Rankiem próbowałem przekonać, że nie damy rady zdobyć 2 wulkanów, mało tego mapa pokazywała mi w jedną stronę do wulkanu Dalafilla ok 16 km plus wspinaczka, więc nie było szans wrócić tego samego dnia, gdzie czekał na nas samochód na drodze. Jednak usłyszałem, że da się, że najpierw Dalafilla z powodu wysokości i wysokich temperatur, a potem Bora Ale - jednak co innego iść pod wulkan, a co innego wejść na niego. Ruszyliśmy więc wczesnym rankiem, choć trochę późno (ok 7:30) żeby dotrzeć do Dalafilla . Najpierw minęliśmy łagodne pole lawowe, gdzieniegdzie piaski, kępki traw, ale po ok 2 km to już nie była droga dla wielbłąda, więc zostawiliśmy większość rzeczy w krzakach  i ruszyliśmy dalej. Jedna osoba została, więc było nas ku tylko dwójka ,więc ilość wody mógłby być tylko mniejsza. nawet ja, ci którzy mnie znają nie czuję pragnienia podczas wędrówek tutaj nie wytrzymuję bez dużej ilości wody. Wziąłem ok 3 l wody, tyle mogłem unieść plus oczywiście dron i aparat - bez jedzenia - w takich temperaturach ja kompletnie nie czuję głodu - w sumie nie jadłem 3 dni nie licząc 3 kawałków herbatnika.

Idąc dalej natrafiliśmy na bardzo wysokie i ciężkie do przejścia pole lawowe z ostrymi, ruszającymi się kawałkami lawy mniej więcej długości 7 km, co zajęło nam mnóstwo czasu. Wreszcie po paru zadrapaniach czego się nie da uniknąć dotarliśmy do czegoś w rodzaju plateau. Topniały jednak zapasy wody.  To co mnie uratowało to miałem małą butelkę coca coli i dali mi wcześniej 3 kawy naraz - mocna ale bardzo dobra - normalnie nie pijam czarnej kawy, ale tutaj mają tak dobrą, że ciężko nie wypić oraz elektrolity, które wrzuciliśmy do pozostałej ilości butelki. Po minięciu pola lawowego ukazał się przepiękny stożek riolitowy. Jednak topniejące zapasy wody, (miejscowi nie czują odległości i potrzeby wody) i czas wskazywały, że zdobycie go będzie praktycznie niemożliwe. Byłem smutny ale sunęliśmy dalej - przed nami kolejne pole lawowe, trochę łatwiejsze i wreszcie zaczęliśmy się wspinać . Po ok 16 km usłyszałem, że nie damy jednak rady- więc zostało tylko puszczenie drona. Byłem skłonny iść dalej, ale w końcu odpuściłem. Złym znakiem było to, że temperatura wzrosła do 49 stopni Celsjusa, a moje tętno przy normie ok 50 zanotowało 161, następnie 170 / min w spoczynku. drugim znakiem było to, że iPhone odmówił posłuszeństwa podczas dronowania ( musisz schłodzić iPhone’a,  a potem sam dron napisał, że mam lądować, bo przy 60 -% nagle zrobiło się 20 % a miałem go ok 600 m od siebie. Niebezpiecznie wyłączył się też nagle sterownik, który był gorący jak piec. Udało się jednak ostatecznie wylądować, ale tak gorącego drona oraz sterownika jeszcze nigdy nie miałem ( szkoda byłoby zdjęć krateru). Te dwa znaki utwierdziły mnie, że nie ma co igrać z losem (szczególnie mieliśmy mało wody, więc ruszyliśmy w drogę powrotną do miejsca, gdzie zostawiliśmy część rzeczy, zapasy wody i wielbłąda. Czekało nas kolejne 16 km jednak widząc z góry, że można nieco ominąć to pole lawowe trochę zmieniliśmy trasę. Wszystko to jednak wielka improwizacja - bo co z tego że GPS pokazuje najkrótszą trasę, skoro jest ona najgorsza i najdłużej się nią idzie. Około godziny 18:00 dotarliśmy.  Jednak wiadomo było już że nie dotrzemy do samochodu w tym samym dniu i po kilku km zatrzymaliśmy się na kolejny nocleg. Rankiem następnego dnia po ok 5 h dotarliśmy do drogi, gdzie po jakimś czasie przyjechał po nas samochód  (nie ma sieci, zasięgu telefonu, więc nie ma jak zawiadomić nikogo). Po tej wyczerpującej wędrówce miałem taki zły humor że jak najszybciej chciałem, żeby ten dzień się zakończył.

Próba druga - 23/24.12.2025
Rano pobudka, jedziemy znaną mi wcześniej drogą, tym razem startujemy trochę z innego miejsca, będziemy atakować wulkan od strony zachodniej - czekamy na wielbłąda, wyruszamy dopiero ok 12:40 i docieramy niestety tylko do granicy stożków. Wcześniej wielbłąd odmawia posłuszeństwa, a trzecia osoba w ogóle nie dociera, rezygnuje po drodze. To pole lawowe jest zabójcze. Upadam - kilka zadrapań, jak się okazuje lawa zbiera te żniwo dla miejscowych, choć i tak ich podziwiam, że tylko takie mając albo klapki albo plastikowe sandały. Śpimy na jednym ze stożków. Już wiem, że też tym razem też się nie uda się, mamy 7 km w linii prostej, a przed mną złowieszcze kolejne pole lawowe - więc jakieś 5 h wędrówki. Woda została z trzecią osobą, więc decyzja może być tylko jedna - powrót.

Próba trzecia - 30/31/.12. 2025 udana!

Prawie nikt nie chciał iść ze mną, zresztą już w tym roku kilka dni temu podjąłem próbę, ale jestem uparty i musiałem spróbować jeszcze chociaż raz.

Znana droga, wielbłąd i ta sama droga co za pierwszym razem więc początkowo dość prosto. Jest masakrycznie upalnie, w połowie wielbłąd chce odpoczynku. Docieramy do miejsca, dokąd może iść wielbłąd wczesnym rankiem, dużo wcześniej ok 6:45 i jest nas trójka, ruszamy w kierunku wulkanu, pogoda sprzyja, długo nie wychodzi Słońce, jest tylko 33 stopnie, i znana mi droga, najpierw łatwe do przejścia stare pole lawowe, ale potem niestety wszystko co dobre szybko się kończy i trafiamy na to samo pole lawowe które dało mi w kość ostatnim razem - ale iść trzeba, nie ma innej drogi, trzeba uważać na każdy wystający kamień, nie każdy jest stabilny a lawa ostra jak brzytwa i tak przez ok 4 - 5 km, już wiem że trzeba iść trochę pod skos, żeby je skrócić. Na szczęście tym razem Afarowie mnie słuchają. Kiedy docieramy do znanego mi plataeu, z tego punktu widać że dojście do krateru będzie stąd trudniejsze; próbuję sugerować inną drogę ale nie dogadasz się, nikt nie mówi po angielsku, a ja nie znam afarskiego oczywiście - idziemy więc na wprost, trafiamy na potężne kamienie, ale to nie najgorsze, musimy parę razy ominąć ogromne przepaście, szczeliny, więc droga się wydłuża i trzeba bardzo uważać, żeby nie wpaść. Motywacja jest - jeden z nich pokazuje mi dym, który widać ze stożka i chyba chciał mi powiedzieć, że to nie jest niebezpieczne, ale tym razem brak komunikacji zadziała na moją korzyść.

Coraz bliżej widać ten piękny riolitowy i bardzo kolorowy stożek - mamy ok. 4 km w linii prostej, a więc znacznie dalej. Trzeba omijać ogromne pęknięcia - wreszcie stajemy przed stożkiem, czuć zapach siarki, ale dość znośnie, nie zakładam maski, zresztą mam ją tylko ja. Po krótkim odpoczynku zaczynamy się wspinać, już wiem że zejście z tego stożka będzie gorsze niż wejście, ale na razie celem jest krater. Po ok. 1 h docieramy na szczyt wulkanu - piękny, aczkolwiek dość płytki krater, od strony północnej aktywny, widać fumarole, zresztą z oddali czasami widać jak ten wulkan dymi, wszędzie dookoła siarka, ale na szczęście nie wieje w naszą stronę, dochodzę do fumaroli, chcę zobaczyć Alu od strony Dalafilla - ależ widok ! Aż chciałoby się tamtędy przejść, wszystko z góry wydaje się proste, ale te odległości są bardzo mylące, zdjęcia, dron i jeszcze chwila zadumy na czynnym  kraterze. Wulkan z którym mam osobiste porachunki ( jak wspomniałem wcześniej) i zaczynamy schodzić - to było wyzwanie stożek jest symetryczny, mocne nachylenie, schodzimy pionowo w dół, byleby znowu osiągnąć plataeu. Potem pole lawowe dość łatwe do przejścia, ale długie, a następnie przez 3 km bardzo trudne do przejścia, a więc długoczasowe kolejne pole lawowe. Po lewej stronie rozpoznaje widok krateru Bora Ale, więc jesteśmy dość blisko. Całość do obozu to 23 km - szybka kawa, uzupełnienie płynów i ruszamy w drogę powrotną - jednak w połowie drogi wielbłąd odmawia posłuszeństwa i śpimy na polu lawowym ( tak jak myślałem) Zostało ok 8 km do drogi, idziemy spać - nietypowy sylwester. Po cichutku o północy leci 'Happy New Year" ABBY i jestem szczęśliwy.

Rano ok 6 pobudka, coś na ząb i ruszamy w drogę powrotną, zostało ok 9 km. Około 9 stajemy na drodze i czekamy na samochód. Ja tak naładowany energią że mógłbym tam wrócić. Spełniłem swoje marzenie od lat. Na podsumowanie i więcej zdjęć przyjdzie jeszcze czas - muszę ochłonąć."

Gada Ale i Kurub:


Ale Bagu:


Hayli Gubbi:



Alu:


Bora Ale:


Brawo!

wtorek, 30 grudnia 2025

Widok z drona na kalderę wulkanu Erta Ale w Etiopii

                                                                     





Tomasz wybrał się wczoraj na wulkan tarczowy Erta Ale i sfotografował z drona nowy krater zapadliskowy w kalderze etiopskiego wulkanu. Kaldera Erta Ale częściowo zapadła się, gdy magma spod Erta Ale została wydrenowana przemieszczając się w kierunku wulkanu Hayli Gubbi. 23 listopada br. Hayli Gubbi wybuchł eksplozywnie. 

Na zdjęciach Tomasza także dwa aktywne kratery wulkanu Hayli Gubbi. 

26 grudnia br. japońscy naukowcy z JAMSTEC sfotografowali za pomocą kamer ROV-u (podmorskiego robota) podmorski wulkan NW Rota-1 (Mariany). Wulkan ten jest często badany i dość słynny, jeśli chodzi o wulkanologię, gdyż w 2004 roku po raz pierwszy zarejestrowano na filmie jego podmorską erupcję eksplozywną. Link poniżej: 

https://www.youtube.com/watch?v=RY3a7rIFlEs

Od 29 grudnia br. trwa wyciek lawy na wschodnim zboczu wulkanu Kraszeninnikowa (Kamczatka).

To prawdopodobnie mój ostatni wpis na tym blogu w 2025 roku. Przytoczę jeszcze na sam koniec opowieść Davida Leeminga o nieudanej próbie wspinaczki na czynny stratowulkan Tinakula (Wyspy Salomona) w 2002 roku, gdyż na takie komentarze na Facebooku natykam się bardzo rzadko. 

"W 2002 roku próbowałem wspiąć się na Tinakula wraz z towarzyszem z Makira. Ross Hepworth wysadził nas po północnej stronie, ponieważ myślałem, że będzie tam łatwiej - zbocza wyglądały na wolne od roślinności. Błąd. Okazało się to koszmarem: luźne odłamki skalne i ogromne niebezpieczeństwo. W pewnym momencie sięgnąłem po luźny kamień i znalazłem tam jednego z tych gołębi (z Tinakula), siedzącego i patrzącego na mnie bez cienia strachu. 

Zeszliśmy na dół i postanowiliśmy spróbować dostać się na jedyną dostępną plażę wyspy, wspinając się po spiętrzonych wokół brzegu skałach wulkanicznych. W pewnym momencie złamał się punkt podparcia i prawie spadłem, a do tego przeciąłem sobie nadgarstek. Bardzo chciało nam się pić, bo nie było żadnych źródeł wody, ale znaleźliśmy trochę wody u podstawy pewnych roślin. 

Znaleźliśmy jedną z tych pionowych 'rynien', jak je nazywałem, i okazało się to dużo łatwiejsze i bezpieczniejsze - niemal dotarliśmy do górnej granicy roślinności, ale czas się kończył, więc zawróciliśmy i dotarliśmy na plażę. Ross pływał w oddaleniu od brzegu wyspy. ale mimo naszych machań nie zauważył nas i ostatecznie uznał, że zaginęliśmy. Wrócił do Lata i zgłosił nasze zaginięcie. 

Spaliśmy na plaży. a następnego dnia Ross wrócił i zabrał nas na pokład. Wszystko się skończyło dobrze. Austriacki lekarz, Gunter, posłuchał mojej rady i wkrótce potem wrócił na Tinakula i wspiął się pomyślnie, używając tych 'rynien' jako swojej trasy. Opisał szczyt wulkanu jako mistyczne miejsce z gigantycznymi chrząszczami. 

Z perspektywy czasu żałuję, że nie zwróciłem się do odpowiednich władz plemiennych o pozwolenie na takie wyprawy i proszę o wybaczenie za moją ignorancję i niezamierzoną nieświadomość. Teraz rozumiem, że takie miejsca mogą mieć znaczenie sakralne lub duchowe i związane z nim protokoły kulturowe."

Opis prawie jak z opowiadania weird fiction H.P. Lovecrafta. Do tej pory uznawałem Tinakula za wulkan niezdobyty, ale póki co wzmiankę o Gunterze potraktuję jako dowód anegdotyczny. Tak czy owak, to przepiękny wulkan.

https://www.instagram.com/p/DRVbvfGEo1M/

Obstawiam przebudzenie Tinakula w 2026 roku obok np. Piton de la Fournaise, Reykjanes-Svartsengi czy Anak Krakatau. 

niedziela, 28 grudnia 2025

Krater wulkanu Bora Ale zdobyty przez Tomasza

                                              





Bora Ale to bardzo mało znany stratowulkan w łańcuchu Erta Ale. Daty erupcji nieznane. Tomasz jest być może pierwszym człowiekiem w ogóle, który stanął na skraju jego krateru o szerokości 300 metrów.

"27/28 grudnia 2025 roku, tym razem w końcu krater Borale Ale (Bora Ale) zdobyty. Rok temu eksplorowałem trochę kalderę z piękną kopułą lawową, jednak nie udało się dotrzeć do samego krateru. Wiedziałem, że muszę tutaj wrócić. Wtedy atakowaliśmy wulkan od strony zachodniej, teraz od strony południowej. 

Wędrówka ponad 40 km, najpierw prosto, bo wielbłąd nosi wszystko. To dokładnie 14.7 km i tutaj zostawiliśmy część rzeczy. O mały włos nie straciłem drona z powodu zwrotu sygnału satelitarnego, ale procedura RTH i udało się go odzyskać. Tak czułem, a nawet wiedziałem, że wyprawa na krater musi być następnego dnia. Już rok temu te głazy dały mi się we znaki. Ale najpierw wejście do kaldery, która w tym miejscu jest szeroka, po prawej stronie mijamy pole lawowe, potem wszystko pokryte popiołem wulkanicznym, trochę drzew i dopiero potem zaczyna się wędrówka na krater Bora Ale. Początkowo jest dość łatwo, ale potem robi się coraz stromiej, zasypane pyłem wulkanicznym ogromne głazy ciągną się do samego końca, ponadto chyboczące kamienie, więc trzeba uważać gdzie się stawia stopy. Po około 4 godzinach docieramy na skraj krateru. Piękne fumarole siarkowe, acz trochę zasłonięte. Próbuję iść trochę wzdłuż kaldery, żeby lepiej zobaczyć te fumarole, ale po przejściu około 2 km wracam. Wszystko lepiej widać z drona, więc kilka zdjęć i powrót, bo wiem, że nie będzie łatwo. Po około 5 godzinach docieramy do obozu, krótki odpoczynek i kolejne 14 km do miejsca, w którym czekał na nas samochód. 

Krater już widziałem rok temu, zatem wiedziałem czego się spodziewać, ale z bliska te fumarole siarkowe robią wrażenie. Po drodze trochę małych solfatar i na samym brzegu zapach siarki świadczą że wulkan jest potencjalnie aktywny."

Wiele wulkanów w Etiopii wciąż pozostaje niezbadanych, podobnie niektóre wulkany w Erytrei czy Jemenie.

Paroksyzm erupcyjny wulkanu Etna z NE Crater

                                                                  

27 grudnia br. doszło do paroksyzmu erupcyjnego z NE Crater (Krater Północno-Wschodni) wulkanu Etna poprzedzonego aktywnością strombolijską. Fontanny lawy wystrzeliły na wysokość około 300-400 metrów. Kolumna erupcyjna sięgnęła wysokości kilku kilometrów. Obecnie obłok SO2 wygenerowany przez paroksyzm erupcyjny znajduje się nad Korsyką i Sardynią. 

https://x.com/localteamit/status/2004956587417374731

Łagodna aktywność strombolijska miała także miejsce w kraterze Bocca Nuova. Rankiem 28 grudnia br. emitować popiół zaczął inny krater centralny sycylijskiego wulkanu, czyli Voragine. Z jego wschodniej strony zaczął płynąć wylew lawy w kierunku Valle del Bove. 

Młodszy brat NE Crater, czyli SE Crater miał ponad 100 paroksyzmów erupcyjnych w ciągu ostatnich 15 lat, krater Bocca Nuova wygenerował paroksyzm erupcyjny 10 listopada 2024 roku, teraz pora na NE Crater (najstarszy z czterech szczytowych kraterów wulkanu Etna, który wybuchał po raz pierwszy w latach 1917 i 1918, fontanny lawy). Do paroksyzmów erupcyjnych NE Crater dochodziło wcześniej m.in. 16 lipca 1977 roku, 24 września 1986 roku, 23 grudnia 1995 roku i w nocy z 27 na 28 marca 1998 roku. W porównaniu do SE Crater (najbardziej aktywnego krateru centralnego Etny) NE Crater wybucha znacznie rzadziej. 

Spodziewajcie się przed końcem roku opisu i pionierskich zdjęć kolejnego etiopskiego wulkanu, a mianowicie Bore Ale

Zachęcam do wsparcia finansowego WŚ, jeśli lubicie moje wytrwałe popularyzowanie/mój monitoring wulkanów. Można to zrobić w dwojaki sposób (trwale/okresowo via Patronite) oraz jednorazowo/cykliczne via buymeacoffe. Z góry dziękuję. 

https://patronite.pl/wulkanyswiata

https://buycoffee.to/wulkanyswiata

Tym razem pochwalę za historyczny research i polecę do lektury poniższy artykuł:

https://polskieradio24.pl/artykul/3533061,etna-przypomina-o-swojej-groznej-potedze-jak-polacy-podrozowali-do-paszczy-wulkanu

piątek, 26 grudnia 2025

Wyprawa Tomasza na etiopski wulkan Alu w masywie Erta Ale

                                                          






25-26 grudnia br. Tomasz wybrał się na słabo zbadany wulkan Alu w masywie Erta Ale. Do jedynej erupcji szczelinowej Alu-Dalafilla doszło w 2008 roku. Wygenerowała ona wylewy lawy oraz duży obłok SO2. 

Zapraszam do przejrzenia unikalnych zdjęć (nikt tam nie dociera) i oddaję głos Tomaszowi:

"Wulkan Alu zdobyty po bardzo trudnym i wyczerpującym szlaku. Trochę jestem poobijany, posiniaczony i podrapany, ze stłuczonym mięśniem, ale cały. Niestety załamała się pode mną płyta z lawy i wpadłem aż po pas. Trasa dwudniowa, a przydałby się jeszcze jeden dzień, ale Afarowie inaczej liczą czas. Około 11.30 pierwotne plany idą w łeb, bo droga nie nadaje się dla wielbłąda, więc wodę trzeba dźwigać na barkach. Idzie ze mną wpierw trzech Afarów, jak się okaże tylko jeden z nich pójdzie dalej ze mną, po czym na końcu zostanę sam. Tym razem się uparłem - widząc w oddali kalderę nie mogłem odpuścić. Około 18 po sześciu godzinach wędrówki zostajemy w miejscu gdzie nocujemy. Rankiem ruszamy dalej, ja i Afarczyk, mamy mało wody, na szczęście reszta poczekała po drodze, więc jedna butelka wody się potem znalazła. W pierwszym dniu pokonujemy bardzo trudną i niebezpieczną trasę ze względu na ostre, chyboczące kamienie. Idzie się bardzo powoli patrząc pod nogi, by nie skręcić kostki lub obedrzeć skóry. Lawa jest ostra, a po polu lawowym następuje kolejny etap. Ciężkie, ogromne kamienie i ślady gwałtownej erupcji. Tutaj znajduję miejsce z obsydianami. 14 km morderczej drogi kończy dzień. Kolejny dzień to już wspinaczka na samą kalderę, byleby dotrzeć do stożków tufowych. Tam jest już łatwiej. Docieram do kaldery, jeszcze wspinaczka i dojście do szczeliny, dron i potem powrót, bo mało czasu. Zostało 20 km, gdzie po południu około 15 docieramy do drogi. Trochę o Alu - nie ma tutaj typowego krateru, jest kaldera poprzecinana wieloma szczelinami, zresztą Alu wraz ze stratowulkanem Dalafilla tworzą kompleks wulkaniczny. Na szczegóły i więcej zdjęć przyjdzie jeszcze czas."

Jutro Tomasz spróbuje dotrzeć do krateru stratowulkanu Bora Ale w masywie Erta Ale. Trzymam kciuki. 

czwartek, 25 grudnia 2025

Kilauea, Piparo i tragedia na wulkanie Kilimandżaro

                                                            

W nocy z 23 na 24 grudnia br. miał miejsce 39 epizod erupcyjny w kalderze Halemaumau wulkanu tarczowego Kilauea (Hawaii). Maksymalna wysokość fontanny lawy z południowego otworu erupcyjnego to 420 metrów, a z północnego 280 metrów. Cykl erupcyjny najaktywniejszego hawajskiego wulkanu w toku. Zakładam wręcz, że w 2026 roku będą miały miejsce kolejne erupcje w jego kalderze.

Wulkan błotny Piparo (Trynidad i Tobago) zaczął wybuchać wyrzucając błoto na niską wysokość. W drodze na zachód od Piparo pojawiły się pęknięcia. Do dużej erupcji tego błotnego wulkanu doszło 22 lutego 1997 roku. Jej nagranie poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=mCYTPWIIsdo

Około 17.30 w dolinie Barafu (wysokość około 4700 metrów), południowo-wschodnia strona wulkanu Kilimandżaro (Tanzania) rozbił się śmigłowiec ratunkowy należący do KiliMedAir. Śmigłowiec spadł kilka minut po starcie z lądowiska Barafu i stanął w płomieniach w momencie uderzenia o ziemię. Zginęło 5 osób: młode małżeństwo z Czech, pilot z Zimbabwe, lekarz i lokalny przewodnik. 

W nocy 25 grudnia rozpoczęła się aktywność strombolijska w NE sycylijskiego wulkanu Etna. Delikatny opad popiołu zarejestrowano w Linguaglossa. 

Wieści z Etiopii. Tomasz próbuje zorganizować wyprawę na stratowulkan Alu-Dalafilla (miejsce erupcji szczelinowej w 2008 roku), ale na razie bez powodzenia. Nikt jeszcze do tego wulkanu wcześniej nie dotarł. Trzymam kciuki. Temperatura w masywie Erta Ale sięga obecnie 50 stopni C, więc jest ultra-gorąco.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Pionierskie zdjęcia wulkanu Hayli Gubbi po erupcji 23 listopada br.

 





Tomasz działa już w Etiopii i przed chwilą wysłał mi kilkanaście zdjęć z eksploracji aktywnych kraterów wulkanu Hayli Gubbi, który zasłynął erupcją 23 listopada br. Dla przypomnienia była to pierwsza potwierdzona erupcja tego wulkanu w czasach historycznych. Tomasz dotarł do aktywnych kraterów jako pierwszy Polak miesiąc po erupcji. Oddaję mu głos:

"Musiałem tutaj wrócić 2 tygodnie później, ale jednak się udało - na Hayli Gubbi. Jak żartowałem to takie moje "dziecko". Niecały rok temu to był zupełnie inny wulkan.

To nie takie proste, żeby się tutaj dostać, ale dostałem po krótkiej rozmowie i po znajomości zgodę, ważny papier. 

03.40 wyruszamy: ja i dwóch miejscowych w kierunku wulkanu. Pełna improwizacja, po około 1 km musimy trochę zawrócić. Jest ciemno, przeciskamy się przez różne pola lawowe, stare i nowe. W końcu docieramy do świeżej szczeliny wulkanu tarczowego Erta Ale, który to trochę się zapadł po erupcji Hayli Gubbi. Potem płasko, ale musieliśmy obejść trochę krater, a właściwie kratery jak się później okaże, bo wiatr dmucha w naszą stronę, maski przeciwgazowe niezbędne. Po 14 km odległości docieramy do brzegu krateru. Ja chcę dojść do obu kraterów. Ten mocno dymiący wydaje się być mało bezpieczny. Opary dwutlenku siarki, ale ryzykuję, zakładam maskę i gogle i udało się. Puszczam jeszcze drona, fotki, filmiki i powoli wracamy o godzinie 10, żeby po 29 km dotrzeć z powrotem do obozu. Warto było.

Wulkan po erupcji zmienił się nie do poznania. Trzy kratery, w tym jeden bardzo aktywny. Mało co było widać, bo wszędzie opary, ale z drona coś tam widać. Po drodze natrafiłem na dowody, że była to potężna erupcja. Zabieram trochę materiału. W promieniu około 2-3 km zalega pył i materiał wulkaniczny z ostatniej erupcji 23 listopada, trzeba momentami używać maski, bo mocno drapie w gardle. 

Kiedyś nieznany wulkan, teraz już wszyscy wiedzą gdzie jest. Dobrze, że naciskałem żeby go zdobyć rok temu."

Mój opis erupcji wulkanu Hayli Gubbi w Etiopii 23 listopada br.

http://wulkanyswiata.blogspot.com/2025/11/silna-erupcja-wulkanu-hayli-gubbi-w.html

Tutaj możecie porównać sobie jak Hayli Gubbi wyglądał w marcu 2025 roku:

https://wulkanyswiata.blogspot.com/2025/03/hayli-gubbi-pionierskie-zdjecia-wulkanu.html

Zdj. Tomasz Lepich, 22 grudnia 2025 roku. Więcej zdjęć w styczniu 2026 roku, na razie kilka.

No i na sam koniec możecie pooglądać umiarkowane eksplozje płytkiego podmorskiego wulkanu Kavachi (Wyspy Salomona), tzw. Sharkano. Nagranie to stało się niesamowitym viralem na moim fanpejdżu.

https://www.instagram.com/reel/DSYKWzAEoRm/