czwartek, 1 stycznia 2026

Erupcja szczelinowa w Valle del Bove wulkanu Etna

                                                                  
Zastanawiałem się dzisiaj który wulkan zainauguruje nowy 2026 rok i okazało się że będzie to sycylijski wulkan Etna. Na północno-zachodniej ścianie Valle del Bove, na wysokości 2100 metrów otworzyła się szczelina erupcyjna produkująca wylew lawy, którego czoło znajduje się obecnie na wysokości 1500 metrów. Erupcja jest doskonale widoczna z okolic wulkanu m.in. z Giarre, Santa Venerina czy Milo. Obecnie nie ma zagrożenia dla terenów zamieszkałych u podnóża wulkanu. Zdj. Gianni Pennisi.

Jutro aktualizacja. Szczerze nie spodziewałem się, że popełnię dziś jeszcze jeden wpis na blogu. Doceńcie wysiłek Tomasza w eksplorowaniu niezdobytych wulkanów łańcucha Erta Ale. 

http://wulkanyswiata.blogspot.com/2026/01/stratowulkan-dalafilla-zdobyty-przez.html

Stratowulkan Dalafilla zdobyty przez Tomasza

                                                                        










Tomasz właśnie osiągnął swój cel i zdobył ostatni z wulkanów łańcucha Erta Ale, czyli ładny i symetryczny stratowulkan Dalafilla (578 m. wysokości, Dalaffilla, w użyciu jest też nazwa z dwoma literkami f), który po raz ostatni wybuchł w 2008 roku produkując wylewy lawy z zachodniej i północno-zachodniej flanki. To wielkie osiągnięcie naszego rodaka, który od lat eksploruje liczne ziemskie wulkany. Afarowie twierdzą, że nie ma nikogo poza Tomaszem, kto by to zrobił. Oddaję Tomaszowi głos. Dalafilla próbował zdobyć trzykrotnie i wreszcie się udało!

"30/31/01 Dalaffilla (Gabuli) Afar

wreszcie krater zdobyty!  
więc cały stratowulkan
- trasa 59 km.
Najładniejszy. ale też najtrudniejszy do zdobycia symetryczny, riolitowy kolorowy stożek - po afarsku znaczy podobno „szyja wielbłąda”, przepiękny.
Ale po kolei, bo łatwo nie było (wpisy chaotyczne, nic nie będę poprawiał, pisałem pod wpływem ogromnych emocji - więc zostawiam pisownię oryginalną) jeśli przyjdzie kiedyś to opublikować to poprawię - a poza tym to nie tak, że wszystko się udaje jak przeczytacie poniżej, ale jestem cierpliwy i uparty.

Próba pierwsza. 12/22.12.2024

Parafrazując powiedzenie - człowiek myśli, wulkan kreśli - po morderczych 55 km nie udało się niestety zdobyć szczytu wulkanu Dalafilla. Ale do rzeczy. Zarówno Bora Ale, jak i Dalafilla to wulkany znajdujące się w tej samej linii co Erta Ale. Mylące jest jednak to że znajdują się blisko drogi. Zła logistyka i planowanie spowodowało, że nie udało się. Zabrakło może 1 km, ale jak wiadomo w górach ten jeden km może być kluczowy i czasami ostatni. Wyruszyliśmy z drogi z pomocą wielbłąda. Trzeba przede wszystkim dużo wody, temperatury tutaj makabrycznie wysokie. Pole lawowe jest szerokie na 14 - 15 km, więc wyruszając po południu dotarliśmy do pierwszego punktu ok 21, gdzie zanocowaliśmy. Ja i dwóch Afarów. Rankiem próbowałem przekonać, że nie damy rady zdobyć 2 wulkanów, mało tego mapa pokazywała mi w jedną stronę do wulkanu Dalafilla ok 16 km plus wspinaczka, więc nie było szans wrócić tego samego dnia, gdzie czekał na nas samochód na drodze. Jednak usłyszałem, że da się, że najpierw Dalafilla z powodu wysokości i wysokich temperatur, a potem Bora Ale - jednak co innego iść pod wulkan, a co innego wejść na niego. Ruszyliśmy więc wczesnym rankiem, choć trochę późno (ok 7:30) żeby dotrzeć do Dalafilla . Najpierw minęliśmy łagodne pole lawowe, gdzieniegdzie piaski, kępki traw, ale po ok 2 km to już nie była droga dla wielbłąda, więc zostawiliśmy większość rzeczy w krzakach  i ruszyliśmy dalej. Jedna osoba została, więc było nas ku tylko dwójka ,więc ilość wody mógłby być tylko mniejsza. nawet ja, ci którzy mnie znają nie czuję pragnienia podczas wędrówek tutaj nie wytrzymuję bez dużej ilości wody. Wziąłem ok 3 l wody, tyle mogłem unieść plus oczywiście dron i aparat - bez jedzenia - w takich temperaturach ja kompletnie nie czuję głodu - w sumie nie jadłem 3 dni nie licząc 3 kawałków herbatnika.

Idąc dalej natrafiliśmy na bardzo wysokie i ciężkie do przejścia pole lawowe z ostrymi, ruszającymi się kawałkami lawy mniej więcej długości 7 km, co zajęło nam mnóstwo czasu. Wreszcie po paru zadrapaniach czego się nie da uniknąć dotarliśmy do czegoś w rodzaju plateau. Topniały jednak zapasy wody.  To co mnie uratowało to miałem małą butelkę coca coli i dali mi wcześniej 3 kawy naraz - mocna ale bardzo dobra - normalnie nie pijam czarnej kawy, ale tutaj mają tak dobrą, że ciężko nie wypić oraz elektrolity, które wrzuciliśmy do pozostałej ilości butelki. Po minięciu pola lawowego ukazał się przepiękny stożek riolitowy. Jednak topniejące zapasy wody, (miejscowi nie czują odległości i potrzeby wody) i czas wskazywały, że zdobycie go będzie praktycznie niemożliwe. Byłem smutny ale sunęliśmy dalej - przed nami kolejne pole lawowe, trochę łatwiejsze i wreszcie zaczęliśmy się wspinać . Po ok 16 km usłyszałem, że nie damy jednak rady- więc zostało tylko puszczenie drona. Byłem skłonny iść dalej, ale w końcu odpuściłem. Złym znakiem było to, że temperatura wzrosła do 49 stopni Celsjusa, a moje tętno przy normie ok 50 zanotowało 161, następnie 170 / min w spoczynku. drugim znakiem było to, że iPhone odmówił posłuszeństwa podczas dronowania ( musisz schłodzić iPhone’a,  a potem sam dron napisał, że mam lądować, bo przy 60 -% nagle zrobiło się 20 % a miałem go ok 600 m od siebie. Niebezpiecznie wyłączył się też nagle sterownik, który był gorący jak piec. Udało się jednak ostatecznie wylądować, ale tak gorącego drona oraz sterownika jeszcze nigdy nie miałem ( szkoda byłoby zdjęć krateru). Te dwa znaki utwierdziły mnie, że nie ma co igrać z losem (szczególnie mieliśmy mało wody, więc ruszyliśmy w drogę powrotną do miejsca, gdzie zostawiliśmy część rzeczy, zapasy wody i wielbłąda. Czekało nas kolejne 16 km jednak widząc z góry, że można nieco ominąć to pole lawowe trochę zmieniliśmy trasę. Wszystko to jednak wielka improwizacja - bo co z tego że GPS pokazuje najkrótszą trasę, skoro jest ona najgorsza i najdłużej się nią idzie. Około godziny 18:00 dotarliśmy.  Jednak wiadomo było już że nie dotrzemy do samochodu w tym samym dniu i po kilku km zatrzymaliśmy się na kolejny nocleg. Rankiem następnego dnia po ok 5 h dotarliśmy do drogi, gdzie po jakimś czasie przyjechał po nas samochód  (nie ma sieci, zasięgu telefonu, więc nie ma jak zawiadomić nikogo). Po tej wyczerpującej wędrówce miałem taki zły humor że jak najszybciej chciałem, żeby ten dzień się zakończył.

Próba druga - 23/24.12.2025
Rano pobudka, jedziemy znaną mi wcześniej drogą, tym razem startujemy trochę z innego miejsca, będziemy atakować wulkan od strony zachodniej - czekamy na wielbłąda, wyruszamy dopiero ok 12:40 i docieramy niestety tylko do granicy stożków. Wcześniej wielbłąd odmawia posłuszeństwa, a trzecia osoba w ogóle nie dociera, rezygnuje po drodze. To pole lawowe jest zabójcze. Upadam - kilka zadrapań, jak się okazuje lawa zbiera te żniwo dla miejscowych, choć i tak ich podziwiam, że tylko takie mając albo klapki albo plastikowe sandały. Śpimy na jednym ze stożków. Już wiem, że też tym razem też się nie uda się, mamy 7 km w linii prostej, a przed mną złowieszcze kolejne pole lawowe - więc jakieś 5 h wędrówki. Woda została z trzecią osobą, więc decyzja może być tylko jedna - powrót.

Próba trzecia - 30/31/.12. 2025 udana!

Prawie nikt nie chciał iść ze mną, zresztą już w tym roku kilka dni temu podjąłem próbę, ale jestem uparty i musiałem spróbować jeszcze chociaż raz.

Znana droga, wielbłąd i ta sama droga co za pierwszym razem więc początkowo dość prosto. Jest masakrycznie upalnie, w połowie wielbłąd chce odpoczynku. Docieramy do miejsca, dokąd może iść wielbłąd wczesnym rankiem, dużo wcześniej ok 6:45 i jest nas trójka, ruszamy w kierunku wulkanu, pogoda sprzyja, długo nie wychodzi Słońce, jest tylko 33 stopnie, i znana mi droga, najpierw łatwe do przejścia stare pole lawowe, ale potem niestety wszystko co dobre szybko się kończy i trafiamy na to samo pole lawowe które dało mi w kość ostatnim razem - ale iść trzeba, nie ma innej drogi, trzeba uważać na każdy wystający kamień, nie każdy jest stabilny a lawa ostra jak brzytwa i tak przez ok 4 - 5 km, już wiem że trzeba iść trochę pod skos, żeby je skrócić. Na szczęście tym razem Afarowie mnie słuchają. Kiedy docieramy do znanego mi plataeu, z tego punktu widać że dojście do krateru będzie stąd trudniejsze; próbuję sugerować inną drogę ale nie dogadasz się, nikt nie mówi po angielsku, a ja nie znam afarskiego oczywiście - idziemy więc na wprost, trafiamy na potężne kamienie, ale to nie najgorsze, musimy parę razy ominąć ogromne przepaście, szczeliny, więc droga się wydłuża i trzeba bardzo uważać, żeby nie wpaść. Motywacja jest - jeden z nich pokazuje mi dym, który widać ze stożka i chyba chciał mi powiedzieć, że to nie jest niebezpieczne, ale tym razem brak komunikacji zadziała na moją korzyść.

Coraz bliżej widać ten piękny riolitowy i bardzo kolorowy stożek - mamy ok. 4 km w linii prostej, a więc znacznie dalej. Trzeba omijać ogromne pęknięcia - wreszcie stajemy przed stożkiem, czuć zapach siarki, ale dość znośnie, nie zakładam maski, zresztą mam ją tylko ja. Po krótkim odpoczynku zaczynamy się wspinać, już wiem że zejście z tego stożka będzie gorsze niż wejście, ale na razie celem jest krater. Po ok. 1 h docieramy na szczyt wulkanu - piękny, aczkolwiek dość płytki krater, od strony północnej aktywny, widać fumarole, zresztą z oddali czasami widać jak ten wulkan dymi, wszędzie dookoła siarka, ale na szczęście nie wieje w naszą stronę, dochodzę do fumaroli, chcę zobaczyć Alu od strony Dalafilla - ależ widok ! Aż chciałoby się tamtędy przejść, wszystko z góry wydaje się proste, ale te odległości są bardzo mylące, zdjęcia, dron i jeszcze chwila zadumy na czynnym  kraterze. Wulkan z którym mam osobiste porachunki ( jak wspomniałem wcześniej) i zaczynamy schodzić - to było wyzwanie stożek jest symetryczny, mocne nachylenie, schodzimy pionowo w dół, byleby znowu osiągnąć plataeu. Potem pole lawowe dość łatwe do przejścia, ale długie, a następnie przez 3 km bardzo trudne do przejścia, a więc długoczasowe kolejne pole lawowe. Po lewej stronie rozpoznaje widok krateru Bora Ale, więc jesteśmy dość blisko. Całość do obozu to 23 km - szybka kawa, uzupełnienie płynów i ruszamy w drogę powrotną - jednak w połowie drogi wielbłąd odmawia posłuszeństwa i śpimy na polu lawowym ( tak jak myślałem) Zostało ok 8 km do drogi, idziemy spać - nietypowy sylwester. Po cichutku o północy leci 'Happy New Year" ABBY i jestem szczęśliwy.

Rano ok 6 pobudka, coś na ząb i ruszamy w drogę powrotną, zostało ok 9 km. Około 9 stajemy na drodze i czekamy na samochód. Ja tak naładowany energią że mógłbym tam wrócić. Spełniłem swoje marzenie od lat. Na podsumowanie i więcej zdjęć przyjdzie jeszcze czas - muszę ochłonąć."

Gada Ale i Kurub:


Ale Bagu:


Hayli Gubbi:



Alu:


Bora Ale:


Brawo!