Tomasz właśnie osiągnął swój cel i zdobył ostatni z wulkanów łańcucha Erta Ale, czyli ładny i symetryczny stratowulkan Dalafilla (578 m. wysokości, Dalaffilla, w użyciu jest też nazwa z dwoma literkami f), który po raz ostatni wybuchł w 2008 roku produkując wylewy lawy z zachodniej i północno-zachodniej flanki. To wielkie osiągnięcie naszego rodaka, który od lat eksploruje liczne ziemskie wulkany. Afarowie twierdzą, że nie ma nikogo poza Tomaszem, kto by to zrobił. Oddaję Tomaszowi głos. Dalafilla próbował zdobyć trzykrotnie i wreszcie się udało!
"30/31/01 Dalaffilla (Gabuli) Afar
wreszcie krater zdobyty!więc cały stratowulkan
- trasa 59 km.
Najładniejszy. ale też najtrudniejszy do zdobycia symetryczny, riolitowy kolorowy stożek - po afarsku znaczy podobno „szyja wielbłąda”, przepiękny.
Ale po kolei, bo łatwo nie było (wpisy chaotyczne, nic nie będę poprawiał, pisałem pod wpływem ogromnych emocji - więc zostawiam pisownię oryginalną) jeśli przyjdzie kiedyś to opublikować to poprawię - a poza tym to nie tak, że wszystko się udaje jak przeczytacie poniżej, ale jestem cierpliwy i uparty.
Próba pierwsza. 12/22.12.2024
Parafrazując powiedzenie - człowiek myśli, wulkan kreśli - po morderczych 55 km nie udało się niestety zdobyć szczytu wulkanu Dalafilla. Ale do rzeczy. Zarówno Bora Ale, jak i Dalafilla to wulkany znajdujące się w tej samej linii co Erta Ale. Mylące jest jednak to że znajdują się blisko drogi. Zła logistyka i planowanie spowodowało, że nie udało się. Zabrakło może 1 km, ale jak wiadomo w górach ten jeden km może być kluczowy i czasami ostatni. Wyruszyliśmy z drogi z pomocą wielbłąda. Trzeba przede wszystkim dużo wody, temperatury tutaj makabrycznie wysokie. Pole lawowe jest szerokie na 14 - 15 km, więc wyruszając po południu dotarliśmy do pierwszego punktu ok 21, gdzie zanocowaliśmy. Ja i dwóch Afarów. Rankiem próbowałem przekonać, że nie damy rady zdobyć 2 wulkanów, mało tego mapa pokazywała mi w jedną stronę do wulkanu Dalafilla ok 16 km plus wspinaczka, więc nie było szans wrócić tego samego dnia, gdzie czekał na nas samochód na drodze. Jednak usłyszałem, że da się, że najpierw Dalafilla z powodu wysokości i wysokich temperatur, a potem Bora Ale - jednak co innego iść pod wulkan, a co innego wejść na niego. Ruszyliśmy więc wczesnym rankiem, choć trochę późno (ok 7:30) żeby dotrzeć do Dalafilla . Najpierw minęliśmy łagodne pole lawowe, gdzieniegdzie piaski, kępki traw, ale po ok 2 km to już nie była droga dla wielbłąda, więc zostawiliśmy większość rzeczy w krzakach i ruszyliśmy dalej. Jedna osoba została, więc było nas ku tylko dwójka ,więc ilość wody mógłby być tylko mniejsza. nawet ja, ci którzy mnie znają nie czuję pragnienia podczas wędrówek tutaj nie wytrzymuję bez dużej ilości wody. Wziąłem ok 3 l wody, tyle mogłem unieść plus oczywiście dron i aparat - bez jedzenia - w takich temperaturach ja kompletnie nie czuję głodu - w sumie nie jadłem 3 dni nie licząc 3 kawałków herbatnika.
Idąc dalej natrafiliśmy na bardzo wysokie i ciężkie do przejścia pole lawowe z ostrymi, ruszającymi się kawałkami lawy mniej więcej długości 7 km, co zajęło nam mnóstwo czasu. Wreszcie po paru zadrapaniach czego się nie da uniknąć dotarliśmy do czegoś w rodzaju plateau. Topniały jednak zapasy wody. To co mnie uratowało to miałem małą butelkę coca coli i dali mi wcześniej 3 kawy naraz - mocna ale bardzo dobra - normalnie nie pijam czarnej kawy, ale tutaj mają tak dobrą, że ciężko nie wypić oraz elektrolity, które wrzuciliśmy do pozostałej ilości butelki. Po minięciu pola lawowego ukazał się przepiękny stożek riolitowy. Jednak topniejące zapasy wody, (miejscowi nie czują odległości i potrzeby wody) i czas wskazywały, że zdobycie go będzie praktycznie niemożliwe. Byłem smutny ale sunęliśmy dalej - przed nami kolejne pole lawowe, trochę łatwiejsze i wreszcie zaczęliśmy się wspinać . Po ok 16 km usłyszałem, że nie damy jednak rady- więc zostało tylko puszczenie drona. Byłem skłonny iść dalej, ale w końcu odpuściłem. Złym znakiem było to, że temperatura wzrosła do 49 stopni Celsjusa, a moje tętno przy normie ok 50 zanotowało 161, następnie 170 / min w spoczynku. drugim znakiem było to, że iPhone odmówił posłuszeństwa podczas dronowania ( musisz schłodzić iPhone’a, a potem sam dron napisał, że mam lądować, bo przy 60 -% nagle zrobiło się 20 % a miałem go ok 600 m od siebie. Niebezpiecznie wyłączył się też nagle sterownik, który był gorący jak piec. Udało się jednak ostatecznie wylądować, ale tak gorącego drona oraz sterownika jeszcze nigdy nie miałem ( szkoda byłoby zdjęć krateru). Te dwa znaki utwierdziły mnie, że nie ma co igrać z losem (szczególnie mieliśmy mało wody, więc ruszyliśmy w drogę powrotną do miejsca, gdzie zostawiliśmy część rzeczy, zapasy wody i wielbłąda. Czekało nas kolejne 16 km jednak widząc z góry, że można nieco ominąć to pole lawowe trochę zmieniliśmy trasę. Wszystko to jednak wielka improwizacja - bo co z tego że GPS pokazuje najkrótszą trasę, skoro jest ona najgorsza i najdłużej się nią idzie. Około godziny 18:00 dotarliśmy. Jednak wiadomo było już że nie dotrzemy do samochodu w tym samym dniu i po kilku km zatrzymaliśmy się na kolejny nocleg. Rankiem następnego dnia po ok 5 h dotarliśmy do drogi, gdzie po jakimś czasie przyjechał po nas samochód (nie ma sieci, zasięgu telefonu, więc nie ma jak zawiadomić nikogo). Po tej wyczerpującej wędrówce miałem taki zły humor że jak najszybciej chciałem, żeby ten dzień się zakończył.
Rano pobudka, jedziemy znaną mi wcześniej drogą, tym razem startujemy trochę z innego miejsca, będziemy atakować wulkan od strony zachodniej - czekamy na wielbłąda, wyruszamy dopiero ok 12:40 i docieramy niestety tylko do granicy stożków. Wcześniej wielbłąd odmawia posłuszeństwa, a trzecia osoba w ogóle nie dociera, rezygnuje po drodze. To pole lawowe jest zabójcze. Upadam - kilka zadrapań, jak się okazuje lawa zbiera te żniwo dla miejscowych, choć i tak ich podziwiam, że tylko takie mając albo klapki albo plastikowe sandały. Śpimy na jednym ze stożków. Już wiem, że też tym razem też się nie uda się, mamy 7 km w linii prostej, a przed mną złowieszcze kolejne pole lawowe - więc jakieś 5 h wędrówki. Woda została z trzecią osobą, więc decyzja może być tylko jedna - powrót.
Prawie nikt nie chciał iść ze mną, zresztą już w tym roku kilka dni temu podjąłem próbę, ale jestem uparty i musiałem spróbować jeszcze chociaż raz.
Rano ok 6 pobudka, coś na ząb i ruszamy w drogę powrotną, zostało ok 9 km. Około 9 stajemy na drodze i czekamy na samochód. Ja tak naładowany energią że mógłbym tam wrócić. Spełniłem swoje marzenie od lat. Na podsumowanie i więcej zdjęć przyjdzie jeszcze czas - muszę ochłonąć."











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz