środa, 21 stycznia 2026

Japońskie Pompeje: znalezisko na schodach

 


Jednym z najbardziej poruszających znalezisk w historii japońskiej archeologii było odnalezienie w 1979 roku dwóch kobiecych szkieletów na schodach świątyni Kannon-do w wiosce Kanbara (prefektura Gunma). Schody ongiś liczyły 50 stopni. 5 sierpnia 1783 roku zostały one pogrzebane lawiną gruzu z pobliskiego wulkanu Asama (okres Edo). Wówczas erupcja zwana Tanmei wygenerowała ogromny obłok erupcyjny, spływ piroklastyczny, lawinę gruzu i lahar (spływ wulkanicznego błota). Wioska Kanbara uległa całkowitemu zniszczeniu. W okolicy wulkanu zginęły 1443 osoby.

Dwa szkielety to młoda kobieta, która na plecach dźwigała starszą kobietę, prawdopodobnie córka z matką. Obie próbowały uciec przed śmiertelnym zagrożeniem. Do ocalenia zabrakło zaledwie kilku stopni. Lawina gruzu z Asama mogła mknąć z prędkością 30-40 km/h, zatem było mało czasu na szybką ewakuację. 

Znowu mamy tutaj do czynienia z poświęceniem w obliczu nagłej śmierci. 

W wiosce Kanbara (obecnie obszar Kanbara w wiosce Tsumagoi) zginęło 477 osób. Pogrzebana przez wybuch wulkanu została m.in świątynia En-mei. Zginął m.in. lokalny kapłan, który podążał w kierunku wulkanu, by wznieść błagalne modły. 

Podoba mi się nazwa wylewu lawy z Asama (1783 rok): Oni Oshidashi, co oznacza 'lawa, którą demon wypchnął z wulkanu'.

Warto dodać, że w 1783 roku oprócz Asama wybuchł także stratowulkan Iwaki w prefekturze Aomori. Natomiast na Islandii miała miejsce potężna erupcja szczelinowa Lakakigar (tzw. Ognie Skaftar, czerwiec 1783-luty 1784), która doprowadziła do śmierci 9-10 000 Islandczyków. 

Źródła: https://wulkanyswiata.blogspot.com/2020/05/wulkany-i-wikingowie-erupcja-eldgja-na.html

https://www.wired.com/2013/06/local-and-global-impacts-1793-laki-eruption-iceland/

http://ichinen-fourseasonsinjapan.blogspot.com/2018/08/japans-pompeii-kanbara.html

Na dokładkę dorzucam dwa zdjęcia absolutnie fascynującego wulkanu Tinakula (Wyspy Salomona), które zostały zrobione w 2025 roku przez Manu San Felix i Dr. Davida Begrera. Tinakula wybuchł silnie po raz ostatni w 2017 roku. Być może w bieżącym roku dojdzie do jego przebudzenia.

Na razie prawidłowo wytypowałem, jeśli chodzi o erupcje filipiński wulkan Mayon oraz wulkan tarczowy Piton de la Fournaise na Reunion. 

EDIT: 20 stycznia na północnym zboczu krateru Nakadake wulkanu Aso (Kiusiu, Japonia, prefektura Kumamoto) rozbija się turystyczny helikopter Takumi Enterprise. Na pokładzie doświadczony pilot z Japonii oraz dwoje turystów z Tajwanu (kobieta i mężczyzna). Akcja ratunkowa w toku, ale zakładam, że trzy osoby poniosły śmierć na miejscu. Gęsta mgła, obecność toksycznych gazów i śnieg ją utrudniają. Istnieje konieczność używania masek przeciwgazowych przez ekipę poszukiwawczą. Sytuacja jest bardzo poważna, biorąc pod uwagę lokalizację wraku helikoptera przy samym kraterze.

Źródło: https://www.japantimes.co.jp/news/2026/01/21/japan/society/sightseeing-helicopter-missing/

Live cam: https://livecam.asia/kumamoto/aso/rkk-aso-volcano-museum.html

https://x.com/livecam_db/status/2013496980819808608

Link do informacji o akcji poszukiwawczej:

https://www.youtube.com/watch?v=xm3o7UVjsvA

Według jednego z japońskich ekspertów do katastrofy mogła przyczynić się niewystarczająca odporność śmigłowca na wiatr i skomplikowane prądy powietrza wokół krateru Nakadake.

Z góry przepraszam za sporo linków dzisiaj, ale siłą rzeczy muszę dbać o wiarygodne źródła, jeśli mam popularyzować wulkany, ich erupcje i inne zdarzenia/ciekawostki z nimi związane.

niedziela, 18 stycznia 2026

Japońskie Pompeje: wojownik z Kanai Higashiura

 

Japońska prefektura Gunma. W roku 2012 roku na stanowisku archeologicznym Kanai Higashiura doszło do spektakularnego odkrycia. Pod grubą warstwą pumeksu z erupcji obecnie drzemiącego wulkanu Haruna (VI wiek) japońscy archeolodzy odkryli dobrze zachowane szczątki mężczyzny w pełnej zbroi płytkowej keiko (okres Kofun). To odkrycie unikalne w skali światowej. Zazwyczaj zbroje płytkowe znajdowano w grobowcach, obok zmarłych. Ten wojownik miał ją na sobie w chwili śmierci. Co najbardziej poruszające - nie uciekał. Znaleziono go w pozycji klęczącej, twarzą zwróconego w kierunku wulkanu. Archeolodzy sugerują, że do końca trwał w modlitwie, gdyż pragnął przebłagać gniew wybuchającego Haruna-san. Zaskoczył go spływ piroklastyczny z wulkanu. 

Spokój i godność w obliczu nagłej śmierci. "Nawet w chwili śmierci, bez żalu."

Włosi mają Pompeje i Herkulanum, Indonezyjczycy zagładę ludu Tambora, Japończycy stanowiska archeologiczne Kanai Higashiura, Kuroimine i Nakasuji, które zostały pogrzebane przez dwie erupcje wulkanu Haruna (na zdjęciu). Muszę tutaj jednak doprecyzować: silne erupcje eksplozywne w latach 520 i 550 (plus minus 10 lat) miały miejsce z kopuły lawowej Futasudake, która wchodzi w skład kompleksu wulkanicznego Haruna (wschodnia strona wulkanu). Erupcje te wygenerowały spływy piroklastyczne, które dotarły na odległość 8 km od wulkanu. 

Koniecznie wejdźcie w ten linki:

https://archaeology.jp/en/trends-in-japanese-archaeological-research/421

https://mainichi.jp/english/articles/20160512/p2a/00m/0na/013000c

Przy okazji znalazłem stronkę poświęconą haikyo (po japońsku ruiny, ale także urbex):

https://haikyo.org/

Pierwsza erupcja szczelinowa wulkanu Piton de la Fournaise w 2026 roku

                                                                               
No wreszcie, choć obstawiałem erupcję szczelinową wulkanu tarczowego Piton de la Fournaise w br. Po dwóch intruzjach magmy lawa zaczęła wypływać z trzech aktywnych szczelin erupcyjnych u podnóża stożka Dolomieu (jego północna flanka, obszar Enclos). Istnieje ryzyko otwarcia nowych szczelin erupcyjnych. 

Miejscowi tłumnie ruszyli na miejsce erupcji. Drogi są przepełnione.

To pierwsza aktywność erupcyjna Piton de la Fournaise od lipca-sierpnia 2023 roku.

Warto wspomnieć, że 12 stycznia 2026 roku miał miejsce 40 epizod erupcyjny w kalderze Halemaumau wulkanu tarczowego Kilauea. Fontanna lawy z północnego otworu erupcyjnego wytrysnęła na maksymalną wysokość 250 metrów. Kolumna gazu nad wulkanem sięgnęła wysokości 4 km. 

Te epizody erupcyjne trochę mi już spowszedniały, ale nadal wyglądają spektakularnie. Islandia, czekam cierpliwie. :-)

Wylewy lawy mają także miejsce z wulkanu Krasheninnikov (Kamczatka, Rosja) oraz Nyamuragira (Kongo) - w tym drugim przypadku wylew lawy dotarł na odległość 10.5 km od swojego źródła. 

Zachęcam do wsparcia WŚ, jeśli macie ochotę i możliwość. Można to zrobić w dwojaki sposób: dłuższy czasowo Patronat via Patronite bądź postawienie mi wirtualnej kawki. Z góry dziękuję za wszelkie przejawy wsparcia!

Dalej mam zamiar blogować i dostarczać Wam dużo wiedzy i ciekawostek na temat ziemskich, tudzież pozaziemskich wulkanów. Moją ambicją jest poszerzanie tego zasobu już zgromadzonej wiedzy. Czy to robię dobrze? Osądźcie sami. 



EDIT: Erupcja Piton de la Fournaise słabła, z czasem aktywna była pojedyncza szczelina erupcyjna, wreszcie rankiem 20 stycznia 2026 roku zakończyła się. 

czwartek, 8 stycznia 2026

Spływy piroklastyczne schodzą z wulkanu Mayon

 

Rankiem 8 stycznia 2026 roku z wulkanu Mayon (Luzon, Filipiny) zeszły spływy piroklastyczne. Niewielki opad popiołu miał miejsce w miastach Legazpi, Ligao, Guinobatan, Bacacay, Camalig, Anislag, Daraga (prowincja Albay). Około 3000 osób (729 rodzin) zostało wcześniej ewakuowanych z 6-kilometrowej strefy zagrożenia wokół filipińskiego wulkanu. Zdj. Radyo Veritas. 

Spływy piroklastyczne schodzą wąwozami Miisa, Basud i Bonga. Poniżej nagranie od PHIVOLCS:

https://www.facebook.com/share/v/1DWYz2rdoD/

Od 1 stycznia br. Mayon objęty jest trzecim stopniem alarmu. Szczerze spodziewałem się przebudzenia tego wulkanu w 2026 roku, gdyż symetryczny Mayon jest jednym z najaktywniejszych (obok Taal, Bulusan i Kanlaon) wulkanów Filipin. Ostatni raz wybuchł w 2023 roku.

Obejrzyjcie przy okazji wywiad z Tomaszem, który niedawno wrócił z Etiopii ukończywszy tam projekt zdobycia wszystkich 6 do tej pory niezdobytych wulkanów masywu Erta Ale. Gratulacje. 

https://katowice.tvp.pl/90925044/wulkany-to-jego-pasja-kardiolog-wraca-z-afryki

Wpis będzie aktualizowany, jeśli tylko okaże się, że spływy piroklastyczne z aktywnej kopuły lawowej Mayon zrobią się większe, rozleglejsze.

Wyciek lawy z wulkanu Etna zatrzymał się w Valle del Bove na wysokości 1360 metrów i stygnie. Erupcja ustała. 

Wciąż trwa wyciek lawy z kongijskiego wulkanu tarczowego Nyamuragira (Kongo), który dotarł na odległość 6.5 km. 

Niewielkie erupcje zarejestrowano na wulkanie Ambae (Vanuatu) w dniach 4-6 stycznia br. 

9 stycznia br. pomarańczowym alertem objęty został wulkan Sabancaya w Peru ze względu na emisje popiołu. 

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Samochodowy wyścig na wulkanie Ojos del Salado

                                                                 


Najwyższy andyjski wulkan Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) był miejscem pobicia kilku rekordów świata w zakresie zmotoryzowanej wspinaczki górskiej.

Pierwszy rekord został ustanowiony przez niemiecką wyprawę Matthiasa Jeschke. 2 kwietnia 2007 roku poprawiony został rekord rosyjskiego zespołu, który przybliżyłem w poprzednim wpisie o Elbrusie. W tym dniu dwa tuningowane Jeepy Wrangler Unlimited osiągnęły na tym wulkanie wysokość 6646 m.n.p.m. W tym miejscu zespół ustawił znamienną tablicę następującej treści: Jeep Parking Only - All Others Don't Make It Uphere Anyway.

Rekord ten przetrwał niespełna dwa tygodnie. 21 kwietnia 2007 roku został bowiem poprawiony o aż 42 metry przez dwójkę Chilijczyków: Gonzalo Bravo i Eduardo Canalesa, którzy na Ojos del Salado wjechali swoim tuningowanym Suzuki Samurai na wysokość 6688 metrów. 

13 grudnia 2019 roku rekord ten został wywindowany do wysokości 6694 metrów przez fabryczny zespół Mercedesa dowodzony przez Matthiasa Jeschke. Dwie specjalnie przygotowane ciężarówki Mercedes Unimog U 5023 osiągnęły tą wysokość.

3 grudnia 2023 roku Romain Dumas (trzykrotny zwycięzca 24 godzinnego wyścigu Le Mans) jadąc specjalnie przygotowaną na tą okazję Porsche Carrera 911 4S Edith, osiągnął na Ojos del Salado wysokość 6734 metry poprawiając poprzedni rekord o 40 metrów. Na potrzeby tego zamierzenia Porsche nawiązało współpracę z zespołem wyścigów terenowych RD Limited, a także z międzynarodowymi, specjalistycznymi firmami tuningowymi. 

Dwa sportowe modele Porsche Carrera 911 S4 (nazwane Edith i Doris) zostały kompletnie przebudowane i wyposażone m.in. w osie portalowe (co pozwoliło na zwiększenie prześwitu do 350 mm) i grube opony terenowe, zmniejszono też przełożenia siedmiobiegowej manualnej skrzyni biegów. W samochodach zamontowano także lekkie osłony podwozia z kevlaru oraz jeden fotel z włókna węglowego dla kierowcy. W obu pojazdach 3-litrowy, sześciocylindrowy silnik z podwójnym turbodoładowaniem o mocy 311 kW (przy 6500 obrotach na minutę) i momencie obrotowym 530 Nm (przy 2300 obr./min) został dostosowany do e-paliwa HIF produkowanego w Chile. Wszystkie te zmiany poprawiły właściwości jezdne pojazdów, zwłaszcza na 'prawie pionowych' odcinkach podjazdu. 

O ile sam wjazd na rekordową wysokość został zrealizowany w ciągu jednego dnia, o tyle przez cały okres czteroletnich przygotowań za Romainem Dumasem stał międzynarodowy zespół składający się z kilkudziesięciu inżynierów i projektantów, zarówno z Porsche, jak i z firm partnerskich.

Więcej o wyprawie:


Rekord Porsche wydaje się na razie bezpieczny, ponieważ drzemiący wulkan Ojos del Salado, na który dotarł pojazd Porsche jest uznawany za najwyższy teren dostępny dla samochodów i innych pojazdów mechanicznych. To aktualny rekord Guinnessa.

Czy ktoś spróbuje wjechać jeszcze wyżej na Ojos? 

niedziela, 4 stycznia 2026

Land Roverem na wulkan Elbrus

 


Jednymi z ciekawostek zamieszczonych przeze mnie przy okazji krótkiego opisania siedmiu wulkanicznych szczytów wchodzących w skład Wulkanicznej Korony Ziemi były dwa rekordy Guinnessa wjazdu samochodem pod/na szczyt.

Położony w zachodniej części Kaukazu, w górach Kabardo-Bałkarskiej Republiki Rosyjskiej Elbrus to uśpiony, najwyższy wulkan Europy (wierzchołek wschodni - 5642 m.n.p.m i zachodni - 5621 m.n.p.m). 

Do 1997 roku oba wierzchołki były zdobywane w tradycyjny sposób. W 1996 roku Aleksander Abramow, rosyjski alpinista i podróżnik zaproponował inny sposób podboju Elbrusa. Zamierzał wykorzystać terenowy Land Rover. 

Po rocznym treningu na bezdrożach i górach Kaukazu, a także po wielkokrotnym przemierzeniu przyszłej trasy pojazdu, 1 sierpnia 1997 roku o godzinie 06.30 rano Abramow specjalnie przygotowanym Defenderem-90 (w seryjnym turbodieslu o mocy 113 KM zostały wzmocnione elementy podwozia, zamocowane blokady międzykołowe, zainstalowano dodatkowe wyciągarki, oświetlenie i sprzęt łączności), wraz z ośmioma współtowarzyszami wyruszył na podbój najwyższego europejskiego wulkanu. Dotarcie na wysokość 3883 metrów, do stacji Gara-Bashi, nie było zbyt trudne, głównie dzięki sprzyjającym warunkom pogodowym i terenowym. Najtrudniejsze miało dopiero nadejść. 

Warunki podjazdu pogorszyły się, śnieg i lód zaczęły odgrywać coraz większą rolę w jeździe pod górę. Pomimo dodatkowego wyposażenia i wzmocnień samochód wielokrotnie wymagał naprawy. Na stoku wymieniono m.in. półosie, przekładnię kierowniczą, skrzynię rozdzielczą, wyciągarki. 

Po 44 dniach niekończącej się walki ze śniegiem, lodem i problemami mechanicznymi, 13 września 1997 roku Abramow i jego zespół zdołali jednak wjechać (częściowo wciągnąć Land Rover) na zachodni wierzchołek Elbrusa, ustanawiając tym samym rekord Guinnessa wjazdu samochodem na maksymalną wysokość. 

Po zdobyciu szczytu, zespół uznał, że po tak dużym wysiłku zasłużył na odpoczynek nad Morzem Czarnym. Po pobycie i regeneracji na tzw. Rosyjskiej Riwierze, zespół Abramowa wyruszył pod koniec września, aby ściągnąć Land Rovera z oblodzonego szczytu. 

Niestety warunki pogodowe znacznie się pogorszyły, było jeszcze więcej śniegu i zimniej niż przed miesiącem. Po dotarciu na miejsce okazało się, że samochód jest całkowicie zamarznięty. Po odlodzeniu i uruchomieniu silnika podjęto mozolną akcję sprowadzenia samochodu w dół. Jednak podczas jej trwania, 11 października zerwała się główna lina, którą był zabezpieczany. Koziołkując po zboczu Land Rover roztrzaskał się o skały na wysokości około 5400 metrów. Nadal spoczywa w tym miejscu. 

W !999 roku w rosyjskiej telewizji pojawił się film członka wyprawy Olega Bogdanowa zatytułowany "Człowiek, samochód i góra", poświęcony ekspedycji. 

czwartek, 1 stycznia 2026

Erupcja szczelinowa w Valle del Bove wulkanu Etna

                                                                  
Zastanawiałem się dzisiaj który wulkan zainauguruje nowy 2026 rok i okazało się że będzie to sycylijski wulkan Etna. Na północno-zachodniej ścianie Valle del Bove, w pobliżu stożka Monte Simone, na wysokości 2100 metrów otworzyła się szczelina erupcyjna produkująca wylew lawy, którego czoło znajduje się obecnie na wysokości 1580 metrów. Erupcja jest doskonale widoczna z okolic wulkanu m.in. z Giarre, Santa Venerina, Fornazzo czy Milo. Obecnie nie ma zagrożenia dla terenów zamieszkałych u podnóża wulkanu. Zdj. Gianni Pennisi.

Jutro aktualizacja. Szczerze nie spodziewałem się, że popełnię dziś jeszcze jeden wpis na blogu. Doceńcie wysiłek Tomasza w eksplorowaniu niezdobytych wulkanów łańcucha Erta Ale. 

http://wulkanyswiata.blogspot.com/2026/01/stratowulkan-dalafilla-zdobyty-przez.html

Erupcja w Valle del Bove początkowo nie została dostrzeżona przez naukowców z INGV z powodu gęstego zachmurzenia. 

W piątek 2 stycznia br. czoło wylewu lawy znajdowało się w Valle del Bove na wysokości 1450 metrów. Odrywają się od niego bloki lawy.

Od 23 grudnia 2025 roku mamy wznowienie erupcji lawowej wulkanu Home Reef w Tonga. Wylewy lawy wciąż powiększają powierzchnię najmłodszej wyspy wulkanicznej na Ziemi.

Zachęcam do wsparcia WŚ poprzez dłuższy Patronat albo poprzez jednorazowe wsparcie kawowe. Blogi czytane są obecnie coraz rzadziej, przewagę mają podcasty i krótkie formy filmowe. Jednak ja nadal chcę blogować i popularyzować wiedzę o wulkanach w sposób pisemny. Z góry dziękuję za wszelkie wsparcie. Poniżej linki wsparciowe:

https://patronite.pl/wulkanyswiata

https://buycoffee.to/wulkanyswiata

Stratowulkan Dalafilla zdobyty przez Tomasza

                                                                        










Tomasz właśnie osiągnął swój cel i zdobył ostatni z wulkanów łańcucha Erta Ale, czyli ładny i symetryczny stratowulkan Dalafilla (578 m. wysokości, Dalaffilla, w użyciu jest też nazwa z dwoma literkami f), który po raz ostatni wybuchł w 2008 roku produkując wylewy lawy z zachodniej i północno-zachodniej flanki. To wielkie osiągnięcie naszego rodaka, który od lat eksploruje liczne ziemskie wulkany. Afarowie twierdzą, że nie ma nikogo poza Tomaszem, kto by to zrobił. Oddaję Tomaszowi głos. Dalafilla próbował zdobyć trzykrotnie i wreszcie się udało!

"30/31/01 Dalaffilla (Gabuli) Afar

wreszcie krater zdobyty!  
więc cały stratowulkan
- trasa 59 km.
Najładniejszy. ale też najtrudniejszy do zdobycia symetryczny, riolitowy kolorowy stożek - po afarsku znaczy podobno „szyja wielbłąda”, przepiękny.
Ale po kolei, bo łatwo nie było (wpisy chaotyczne, nic nie będę poprawiał, pisałem pod wpływem ogromnych emocji - więc zostawiam pisownię oryginalną) jeśli przyjdzie kiedyś to opublikować to poprawię - a poza tym to nie tak, że wszystko się udaje jak przeczytacie poniżej, ale jestem cierpliwy i uparty.

Próba pierwsza. 12/22.12.2024

Parafrazując powiedzenie - człowiek myśli, wulkan kreśli - po morderczych 55 km nie udało się niestety zdobyć szczytu wulkanu Dalafilla. Ale do rzeczy. Zarówno Bora Ale, jak i Dalafilla to wulkany znajdujące się w tej samej linii co Erta Ale. Mylące jest jednak to że znajdują się blisko drogi. Zła logistyka i planowanie spowodowało, że nie udało się. Zabrakło może 1 km, ale jak wiadomo w górach ten jeden km może być kluczowy i czasami ostatni. Wyruszyliśmy z drogi z pomocą wielbłąda. Trzeba przede wszystkim dużo wody, temperatury tutaj makabrycznie wysokie. Pole lawowe jest szerokie na 14 - 15 km, więc wyruszając po południu dotarliśmy do pierwszego punktu ok 21, gdzie zanocowaliśmy. Ja i dwóch Afarów. Rankiem próbowałem przekonać, że nie damy rady zdobyć 2 wulkanów, mało tego mapa pokazywała mi w jedną stronę do wulkanu Dalafilla ok 16 km plus wspinaczka, więc nie było szans wrócić tego samego dnia, gdzie czekał na nas samochód na drodze. Jednak usłyszałem, że da się, że najpierw Dalafilla z powodu wysokości i wysokich temperatur, a potem Bora Ale - jednak co innego iść pod wulkan, a co innego wejść na niego. Ruszyliśmy więc wczesnym rankiem, choć trochę późno (ok 7:30) żeby dotrzeć do Dalafilla . Najpierw minęliśmy łagodne pole lawowe, gdzieniegdzie piaski, kępki traw, ale po ok 2 km to już nie była droga dla wielbłąda, więc zostawiliśmy większość rzeczy w krzakach  i ruszyliśmy dalej. Jedna osoba została, więc było nas ku tylko dwójka ,więc ilość wody mógłby być tylko mniejsza. nawet ja, ci którzy mnie znają nie czuję pragnienia podczas wędrówek tutaj nie wytrzymuję bez dużej ilości wody. Wziąłem ok 3 l wody, tyle mogłem unieść plus oczywiście dron i aparat - bez jedzenia - w takich temperaturach ja kompletnie nie czuję głodu - w sumie nie jadłem 3 dni nie licząc 3 kawałków herbatnika.

Idąc dalej natrafiliśmy na bardzo wysokie i ciężkie do przejścia pole lawowe z ostrymi, ruszającymi się kawałkami lawy mniej więcej długości 7 km, co zajęło nam mnóstwo czasu. Wreszcie po paru zadrapaniach czego się nie da uniknąć dotarliśmy do czegoś w rodzaju plateau. Topniały jednak zapasy wody.  To co mnie uratowało to miałem małą butelkę coca coli i dali mi wcześniej 3 kawy naraz - mocna ale bardzo dobra - normalnie nie pijam czarnej kawy, ale tutaj mają tak dobrą, że ciężko nie wypić oraz elektrolity, które wrzuciliśmy do pozostałej ilości butelki. Po minięciu pola lawowego ukazał się przepiękny stożek riolitowy. Jednak topniejące zapasy wody, (miejscowi nie czują odległości i potrzeby wody) i czas wskazywały, że zdobycie go będzie praktycznie niemożliwe. Byłem smutny ale sunęliśmy dalej - przed nami kolejne pole lawowe, trochę łatwiejsze i wreszcie zaczęliśmy się wspinać . Po ok 16 km usłyszałem, że nie damy jednak rady- więc zostało tylko puszczenie drona. Byłem skłonny iść dalej, ale w końcu odpuściłem. Złym znakiem było to, że temperatura wzrosła do 49 stopni Celsjusa, a moje tętno przy normie ok 50 zanotowało 161, następnie 170 / min w spoczynku. drugim znakiem było to, że iPhone odmówił posłuszeństwa podczas dronowania ( musisz schłodzić iPhone’a,  a potem sam dron napisał, że mam lądować, bo przy 60 -% nagle zrobiło się 20 % a miałem go ok 600 m od siebie. Niebezpiecznie wyłączył się też nagle sterownik, który był gorący jak piec. Udało się jednak ostatecznie wylądować, ale tak gorącego drona oraz sterownika jeszcze nigdy nie miałem ( szkoda byłoby zdjęć krateru). Te dwa znaki utwierdziły mnie, że nie ma co igrać z losem (szczególnie mieliśmy mało wody, więc ruszyliśmy w drogę powrotną do miejsca, gdzie zostawiliśmy część rzeczy, zapasy wody i wielbłąda. Czekało nas kolejne 16 km jednak widząc z góry, że można nieco ominąć to pole lawowe trochę zmieniliśmy trasę. Wszystko to jednak wielka improwizacja - bo co z tego że GPS pokazuje najkrótszą trasę, skoro jest ona najgorsza i najdłużej się nią idzie. Około godziny 18:00 dotarliśmy.  Jednak wiadomo było już że nie dotrzemy do samochodu w tym samym dniu i po kilku km zatrzymaliśmy się na kolejny nocleg. Rankiem następnego dnia po ok 5 h dotarliśmy do drogi, gdzie po jakimś czasie przyjechał po nas samochód  (nie ma sieci, zasięgu telefonu, więc nie ma jak zawiadomić nikogo). Po tej wyczerpującej wędrówce miałem taki zły humor że jak najszybciej chciałem, żeby ten dzień się zakończył.

Próba druga - 23/24.12.2025
Rano pobudka, jedziemy znaną mi wcześniej drogą, tym razem startujemy trochę z innego miejsca, będziemy atakować wulkan od strony zachodniej - czekamy na wielbłąda, wyruszamy dopiero ok 12:40 i docieramy niestety tylko do granicy stożków. Wcześniej wielbłąd odmawia posłuszeństwa, a trzecia osoba w ogóle nie dociera, rezygnuje po drodze. To pole lawowe jest zabójcze. Upadam - kilka zadrapań, jak się okazuje lawa zbiera te żniwo dla miejscowych, choć i tak ich podziwiam, że tylko takie mając albo klapki albo plastikowe sandały. Śpimy na jednym ze stożków. Już wiem, że też tym razem też się nie uda się, mamy 7 km w linii prostej, a przed mną złowieszcze kolejne pole lawowe - więc jakieś 5 h wędrówki. Woda została z trzecią osobą, więc decyzja może być tylko jedna - powrót.

Próba trzecia - 30/31/.12. 2025 udana!

Prawie nikt nie chciał iść ze mną, zresztą już w tym roku kilka dni temu podjąłem próbę, ale jestem uparty i musiałem spróbować jeszcze chociaż raz.

Znana droga, wielbłąd i ta sama droga co za pierwszym razem więc początkowo dość prosto. Jest masakrycznie upalnie, w połowie wielbłąd chce odpoczynku. Docieramy do miejsca, dokąd może iść wielbłąd wczesnym rankiem, dużo wcześniej ok 6:45 i jest nas trójka, ruszamy w kierunku wulkanu, pogoda sprzyja, długo nie wychodzi Słońce, jest tylko 33 stopnie, i znana mi droga, najpierw łatwe do przejścia stare pole lawowe, ale potem niestety wszystko co dobre szybko się kończy i trafiamy na to samo pole lawowe które dało mi w kość ostatnim razem - ale iść trzeba, nie ma innej drogi, trzeba uważać na każdy wystający kamień, nie każdy jest stabilny a lawa ostra jak brzytwa i tak przez ok 4 - 5 km, już wiem że trzeba iść trochę pod skos, żeby je skrócić. Na szczęście tym razem Afarowie mnie słuchają. Kiedy docieramy do znanego mi plataeu, z tego punktu widać że dojście do krateru będzie stąd trudniejsze; próbuję sugerować inną drogę ale nie dogadasz się, nikt nie mówi po angielsku, a ja nie znam afarskiego oczywiście - idziemy więc na wprost, trafiamy na potężne kamienie, ale to nie najgorsze, musimy parę razy ominąć ogromne przepaście, szczeliny, więc droga się wydłuża i trzeba bardzo uważać, żeby nie wpaść. Motywacja jest - jeden z nich pokazuje mi dym, który widać ze stożka i chyba chciał mi powiedzieć, że to nie jest niebezpieczne, ale tym razem brak komunikacji zadziała na moją korzyść.

Coraz bliżej widać ten piękny riolitowy i bardzo kolorowy stożek - mamy ok. 4 km w linii prostej, a więc znacznie dalej. Trzeba omijać ogromne pęknięcia - wreszcie stajemy przed stożkiem, czuć zapach siarki, ale dość znośnie, nie zakładam maski, zresztą mam ją tylko ja. Po krótkim odpoczynku zaczynamy się wspinać, już wiem że zejście z tego stożka będzie gorsze niż wejście, ale na razie celem jest krater. Po ok. 1 h docieramy na szczyt wulkanu - piękny, aczkolwiek dość płytki krater, od strony północnej aktywny, widać fumarole, zresztą z oddali czasami widać jak ten wulkan dymi, wszędzie dookoła siarka, ale na szczęście nie wieje w naszą stronę, dochodzę do fumaroli, chcę zobaczyć Alu od strony Dalafilla - ależ widok ! Aż chciałoby się tamtędy przejść, wszystko z góry wydaje się proste, ale te odległości są bardzo mylące, zdjęcia, dron i jeszcze chwila zadumy na czynnym  kraterze. Wulkan z którym mam osobiste porachunki ( jak wspomniałem wcześniej) i zaczynamy schodzić - to było wyzwanie stożek jest symetryczny, mocne nachylenie, schodzimy pionowo w dół, byleby znowu osiągnąć plataeu. Potem pole lawowe dość łatwe do przejścia, ale długie, a następnie przez 3 km bardzo trudne do przejścia, a więc długoczasowe kolejne pole lawowe. Po lewej stronie rozpoznaje widok krateru Bora Ale, więc jesteśmy dość blisko. Całość do obozu to 23 km - szybka kawa, uzupełnienie płynów i ruszamy w drogę powrotną - jednak w połowie drogi wielbłąd odmawia posłuszeństwa i śpimy na polu lawowym ( tak jak myślałem) Zostało ok 8 km do drogi, idziemy spać - nietypowy sylwester. Po cichutku o północy leci 'Happy New Year" ABBY i jestem szczęśliwy.

Rano ok 6 pobudka, coś na ząb i ruszamy w drogę powrotną, zostało ok 9 km. Około 9 stajemy na drodze i czekamy na samochód. Ja tak naładowany energią że mógłbym tam wrócić. Spełniłem swoje marzenie od lat. Na podsumowanie i więcej zdjęć przyjdzie jeszcze czas - muszę ochłonąć."

Gada Ale i Kurub:


Ale Bagu:


Hayli Gubbi:



Alu:


Bora Ale:


Brawo!